Piątek piętnastego

Ten post będzie inny. Być może nieprzydatny – albo przydatny inaczej. 
Tak zaczęłam zeszłotygodniowy wpis. Po czym moje myśli pobiegły w zupełnie inną stronę, ale cel osiągnęłam – post okazał się nie rozwiązywać żadnych problemów.
I o co w tym chodzi?

 

Lata temu bo jeszcze do 2014 roku myślałam, że gdy czytam w Internecie przepis na smażone podgrzybki robione między „Klanem” a Teleexspressem w asyście lampki wina, to jest to osobiste wynurzenie redakcyjnego kucharza. A potem odkryłam, że właściwie nie ma żadnej redakcji, że cały Internet jest redakcją, a wszyscy klikający – redaktorami.  I tak spełnił się mój sen krezusa własnej domeny: zostałam redaktorką mało poczytnego bloga, nad którym mam WŁADZĘ!
Chciałam pisać od zawsze i kto mnie zna co najmniej w stopniu podstawowym, ten o tym wie.  Chciałam też pisać w miarę sensownie, a z czasem i mądrze.  I nigdy dla mas – raczej dla jednostek, które czują bluesa, lub na takie pretendują.

 

 

No ale z tym czasem okazało się też, że mój blog ma być przede wszystkim klikalny, że ma robić wyniki, a nade wszystko ma rozwiązywać jakiś problem. Tak radzono nam wszystkim, marzącym o porzuceniu etatu (dobrze, tu ewidentnie wypowiadam się w imieniu milionów) i przeniesieniu się z całą tą robotą na malediwski leżak i zajmowaniu się tym, co wcześniej kazał nam szef, a teraz nowa, narzucona samodyscyplina zbudowana na codziennej mantrze Możesz wszystko, nic nie musisz a mianowicie: osiąganiem wyników.
A wyniki – gdyby ktoś nie wiedział – to po to, by jak najdłużej na tym leżaku leżeć, jak najdalej od polskiej granicy, żeby był to leżak wysokiej klasy, z podajnikiem tequili.
A teraz jasno i prosto: wszystko, co wrzucasz do Internetu powinno być przydatne, rozwiązywać problem – brzmiała recepta na skrajnie kapitalistyczny sukces.

 

No i zaczęłam się drapać po głowie, bo choć  złota rada to moje indiańskie imię,  to problemów upatruję się zupełnie gdzie indziej, niż  – nie zawaham się użyć tej drastycznie wielkiej liczby – jakieś 80 procent społeczeństwa.  
Otóż ja źródła wszelakich problemów egzystencjalnych (z teściową, asertywnością, nękaniem w szkole i tak dalej) upatruję się właśnie w tym złożonym kompozycie, jakim jest człowiek.
Przy czym jest to materia tak delikatna i tak indywidualna, że nie sposób problemy świata tego rozwiązać na jednym, malutkim blogu! Zatem rozwiązywanie takich problemów odpada.

 

Nie znam się też na rozwiązywaniu problemów informatycznych, technicznych, technologicznych, elektronicznych, macierzyńskich, ojcowskich, krawieckich, kulinarnych (chociaż nie, mam jedną, uniwersalną radę: maggi jest dobre na wszystko) a nade wszystko blogerskich.

Mogę rozwiązać problem wyboru netflixowskiego repertuaru na wieczór, rzucić nowe światło na gramatykę dowolnego języka, a nawet zapodać spontaniczny przepis. Jednak pieniędzy z tego nie będzie. Nikt nie odejdzie sprzed lektury tego bloga bogatszy – choć chciałabym, żeby wyszedł ubogacony.

 

Jak widzicie, prowadzę nieprzydatnik. Po latach słyszenia wokół, że wszystko musi być przydatne i praktyczne przy  jednoczesnym uświadamianiu sobie, że  przydatność to synonim piniądza, poddałam się w tej użyteczności rodem z komuny. Bo jeśli  „Praca jedynym miernikiem oceny każdego człowieka”  to lawiruję po tej blogosferze, niczym ten komuszy bumelant.  No i jak przystało na nieprzydatnika, ukończyłam studia humanistyczne – mąż jest inżynierem, zatem tu się uzupełniamy, zwłaszcza finansowo.

 

 

Na co dzień też uczę się robić rzeczy nieprzydatne. Uczę się na nowo, bo kiedyś byłam w nich mistrzem! Ileż wtedy powstało dzieł sygnowanych moim nazwiskiem! Niestety nic, co przynajmniej trochę zwiększyłoby stopę PKB – zatem idealnie wpisuje się w nieprzydatność. Dziś nieśmiało odkrywam na nowo tę mroczną,a jakże barwną część mojego jestestwa.
Po latach czytania TYLKO przydatnych książek (słowniki, atlas grzybów, mapy, zielnik, Pismo Święte, podręcznik do medycyny sądowej) nieśmiało sięgnęłam po „Marylę z Zielonego Wzgórza” autorstwa Sary McCoy i…. gdy raz po raz wzdychałam z zachwytu, poczułam się niemal nieswojo. I po latach nie słuchania muzyki świadomie, osobno, bez żadnego tła i kontekstu, bez rozpraszaczy, przesłuchałam całą płytę Łucji Prus „Nic dwa razy” sącząc każde słowo. Matko, cóż to była za uczta. Bo nie przyznałam się, że lubię poezję; i czytać i pisać, i tę śpiewaną. A chyba żadne hobby nie kojarzy się z byciem totalnym odszczepieńcem, społecznym lawirantem i błędnym rycerzem XXI wieku, tak mocno, jak lubość poezji.
Tylko…..  nie tylko amerykańscy naukowcy odkryli i udowodnili, że efektywność pracownika zwiększa paradoksalnie…. nicnierobienie, relaks. Nie kolejne szkolenia motywacyjne, a nawet nie podwyżka, ale przestrzeń dla myśli – mówiąc znowuż bardziej poetycko.  Zatem nieprzydatność jest tylko pozorna, bo zawsze przynosi efekty – z czasem i niekoniecznie mierzalne. Ale czy wszystko trzeba mierzyć? Czemu z drugiej strony idolem, osobą, którą pyta się o zdanie w sprawie zmian klimatycznych czy szczepionek, są piosenkarze, aktorzy i celebryci? Czemu, gdy mowa o świecie, zmianach, nastrojach nie pytani są Jacek Cygan czy już nieżyjący Stanisław Barańczak? Odpowiem: bo ta pierwsza wymieniona przeze mnie grupa śmierdzi piniądzem, a kto ma piniądz, ten zyskuje jakby większe prawo do wypowiedzi – no bo w końcu widać, że orientuje się w tym świecie, jakoś sobie w nim radzi. Gdyby nie byli kredytowo zdolni, ich twórczość byłaby tylko pisaniną, śpiewaniem do kotleta.

 

 

 

No i co,  no jest w tym świecie coraz więcej lokat, inwestycji, tak zwanego pieniądza jest więcej, ale piękna mam wrażenie, że coraz mniej. Jest wiele słów, ale okrojonych, szybkich, bez zbędnych zawijasów: prosty język, który zrozumie każdy w miarę czytania, żeby myśleć nie trzeba było za dużo. I najlepiej zapodać ze streszczeniem na marginesie.
Budynki są ekonomiczne, praktyczne, funkcjonalne, ale mało piękne. Komu by się dzisiaj chciało robić freski na gzymsach czy płaskorzeźby?! Paaaanie, ile by cementu zeszło, a ile farby!
Pani droga, jak pani coś wrzuca do Internetu, to niech to będzie albo przydatne, albo chociaż śmieszne, żeby można było poscrollować sobie w miejscu, do którego  król piechotą chodzi. Albo szokujące!  Niech chociaż wywołuje emocje, tak samo jak „Szczepionka wywołuje autyzm!” – TO jest klikalne! Niech pani nie opisuje swojego dnia na wsi, tudzież w małej mieścinie, albo nie wypisuje, że hoduje pani kury, bo nikt tego nie będzie czytał. Alpakę – ooo to tak! Koniecznie z notką, ile dochodu przynosi wełna i czy można to  rozliczyć podatkiem liniowym.  A jeśli już o tych kurach, to chociaż w jakiejś marynacie! Jak pani pisze o pływaniu, to może zaraz podać ilość spalanych kalorii?
No i jeśli już pani wspomina, że ma wolne piątki, to na miłość boską od razu wyjaśnić, jak do tego doszło! Komu trzeba coś pod stołem dać albo zrobić, żeby osiągnąć taką nirwanę?! Przepis! Rada! Rozwiązanie! Inaczej proszę tę prowokację zachować dla siebie, zamiast wywoływać bruksizm u całej reszty, co hasło : wszystko mogę, nic nie muszę stosuje jako NLP.

 

A ja idę nie – liniowo. Tak postanowiłam; robić  i pisać rzeczy z pozoru nieprzydatne. Postanowiłam też w tej serii zawsze wrzucać jakieś moje zdjęcie; kocham fotografować, ale na potrzeby innych wpisów, wyszukuję zdjęcia z banku zdjęć. Niech te wpisy będą odskocznią. Na zdjęciu powyżej ja; jeszcze w czasach, gdy myślałam, że pochowają mnie w dredach – jakieś dwa lata temu. W ulubionym otoczeniu.

 

Słucham sobie różnych ludzi, różnych wypowiedzi i często myślę, że codzienne pada wiele nieprzydatnych zdań, opinii i osądów – więc  nie będę gorsza!
 Bo myślę sobie, że ważniejsze od przydatności jest raczej rozpoznanie swojego powołania – i tu boli! Bo powołanie kojarzy się z religią, duchowieństwem, kapłaństwem. A nic bardziej mylnego! Tabuny ludzi codziennie chcą zmienić swój dzień, życie, mordują się, starając się zagospodarować każdą minutę doby, by była jak najbardziej wydajna. A moim zdaniem wystarczy (!) odnaleźć swoje powołanie i robić dokładnie to, do czego zostało się przeznaczonym. I to wystarczy. I to karmi.
To powołanie właśnie, tworzy to duże, właściwe życie.
Tak odkryłam.
Powołanie nie jest od żadnego człowieka, żadnego influencera, bo nie jest niczym ograniczone. Za to potrzebuje swobody, przestrzeni i bardziej niż brain – heartstormingu, bo rodzi się w duszy, a to bardzo pojemna materia; i na powołanie i na spokój, i ostatecznie produkt końcowy, mimo, że rozciągnięty na całą drogę życia – życiowe  szczęście. I na wszelki wypadek, duszy warto nie zaprzedawać.  Jeszcze kiedyś, jako ludzkość wrócimy do tego terminu, tak zwyczajnie, bez tych wszystkich hinduistycznych skojarzeń. Wrócimy wtedy, gdy nie pozostanie nam już nic, co można sprzedać lub kupić.

 

 

 

Masz jakąś opinię? Podziel się.