Czwartek dwudziestego pierwszego

 

 

– …a teraz przyjedzie szary samochód.
Szary samochód przyjechał.
– …. I jeszcze czarny Golf.
Czarny Golf popędził prosto za tym  szarym, dokładnie minutę później.
Cała scena rozegrała się przed naszym lokalnym basenem, na który ze względów pogodowych, podwiózł mnie mąż. Ja już zdążyłam się przyzwyczaić, że punkt 6.45 pojawia się pierwsza osoba i cierpliwie ustawia się przed zamkniętymi jeszcze drzwiami. Kolejne 10 osób przybywa według harmonogramu, który wydaje się być precyzyjnie zaplanowany od kilku lat. Punkt 7:00 gdy (chwała Bogu automatycznie rozsuwane!) drzwi otwierają się, cała horda wpada do środka budynku.

Gdy po skończonym pływaniu spotykam przy wyjściu znajomego emeryta – jednego z wielu „okupujących” wejście na basen, po wymienieniu kilku grzecznościowych zdań, orzeka:
– MY ZAWSZE przychodzimy na siódmą i od razu zajmujemy cztery tory!

MY i ZAWSZE – te słowa dają do myślenia! „MY” oznacza towarzystwo mocno 60 + ale jak się okazuje, towarzystwo dobrze sobie znane, zgrane tak bardzo, że  wraz z otwarciem tego przybytku o  równej siódmej, ich przemieszczanie się przez kolejne części basenu (szafki na buty – kasa – szatnia – prysznic – basen) jest  skoordynowane niczym bieg w sztafecie po pierwsze miejsce i przyznaję uczciwie, zapobiega niepotrzebnemu boksowaniu na jakimkolwiek odcinku trasy.

Za to „ZAWSZE” brzmiało już bardziej niepokojąco, ale nie miałam wątpliwości, że informacja o „zawsze zajmowanych czterech torach” oznaczała między wierszami mniej więcej tyle : Zapomnij, że wciśniesz się na któryś z naszych torów!

 

A gdybym spróbowała? Przyznaję, nie odważyłam się, ale też nie musiałam się narażać – zajęłam pierwszy tor, który był pusty. I od tamtej pory zajmuję go ZAWSZE. A niech mi kto tylko się na nim zabłąka!

 

Jakże słodka bywa rutyna, prawda? Macie takową? Coś, co rozpromienia nudny z założenia dzień – w sensie: dzień złożony z innej, ale mniej ciekawej i pożądanej rutyny? Idziesz do pracy i wiesz, co cię czeka – ale żeby nie było tak ponuro, tak jednostajnie, robisz sobie przerwę i oddajesz się rutynie, ale tej wybranej, ulubionej; kawce z zawsze dwiema łyżeczkami cukru i jednym ciasteczku imbirowym, wejściu na ulubiony portal i szybkim przejrzeniu niusów, wyjściu przed budynek na papieroska..

Rutyna rodem z filmów o psychopatach, z którą miałam do czynienia na żywo miała miejsce bodajże w 2007 gdy przez chwilę pracowałam jako kelnerka śniadaniowa w jednym z lokalnych hoteli.
Pierwszego dnia, gdy tylko zauważyłam staruszka siedzącego samotnie przy wielkim oknie, podeszłam i naturalnie zapytałam, czego sobie życzy. I wtedy jak jasny grom z Saturna przeszyło mnie TO. Spojrzenie.  Człowiek podnosił wzrok do wysokości moich oczu, a każda chwila wydawała mi się specjalnie budowanym napięciem  –  grozy. Moja podświadomość robiła za mnie wykresy w mózgu, sięgając do wszystkich możliwych zasobów i starając się znaleźć, co powiedziałam nie tak (świetne sformułowanie, prawda? Potwierdzenie przez zaprzeczenie…. ) . Szybko uspokoiłam samą siebie, że być może powinnam po angielsku – z racji naprawdę sporego przemiału obcokrajowców, przywykłam, że większość zamówień przyjmowałam w innych językach, a nawet żartowałam po obcemu. Ale tu, nie było mi do śmiechu. Cała scena, ta chwila od mojego pytania do nigdy nie udzielonej odpowiedzi przypominała akcję w zwolnionym tempie, jak ta scena ze „Zwierzogrodu” z leniwcem w urzędzie….
Nie zdążyłam usłyszeć odpowiedzi, bo oto zostałam wymownym „kszszszt” wezwana przez koleżankę – kelnerkę na zaplecze. Tam został mi objawiony pewien fakt:

 

– Ty wiesz kto to jest? To jest pan, który przychodzi tu każdego dnia od dwudziestu pięciu lat, zawsze o 8.10 i zawsze zamawia herbatę z plasterkiem cytryny położonym obok. A od firmy zawsze dostaje małe, okrągłe ciastko do tej herbaty.   Słowo zawsze padało tu jak słowo „nigdy” w piosence Bogusia Lindy, o tym, że już nigdy nie będzie tego i tamtego…

 

 

W ogóle świetnie, idealny materiał na seryjnego mordercę!  … który w ramach codziennej rutyny, niby to przegląda poranną gazetę, ale tak naprawdę wodzi wzrokiem po pobliskim przystanku za kolejną ofiarą, której – tuż przed ostatecznym ciosem  w dźwiękoszczelnych ścianach swojej schludnej piwnicy, zapoda najpierw wysoką arię z rodzinnego adaptera, a potem, pijąc drugą i ostatnią tego dnia herbatę z plasterkiem cytryny podaną już bez ciastka, będzie patrzył niby beznamiętnie, a jednak z lubością, jak jego osobisty prawie denat wydaje ostatni spazm, powieszony na haku rzeźniczym pod sufitem.

To też materiał na ofiarę seryjnego mordercy! Nic tylko czekać w kamienicy naprzeciwko z karabinem snajperskim, który spokojnie można zaprogramować na wystrzelenie o 8.11 gdy pan będzie już wygodnie usadowiony obok okna, przeglądając poranną gazetę, a samemu przescrollować całego Facebooka, gdyż plan staruszka jest tak śmiertelnie przewidywalny, że aż chce się go  jakoś  zaskoczyć na starość!

 

Powiało sarkazmem, a <posypywanie_głowy_popiołem> sama ostatnio pisałam, jak to ja przesiaduję przed  moim oknem na-wszystko w koszuli w kratę. Najstraszniejsze jest to, że pisząc te słowa, siedzę przy moim blacie w tej koszuli  i przyznaję w dodatku, że czuję lekką dysforię, gdy muszę ją dać do prania.

 

Ach, słodka rutyna!  Dobrze pielęgnowana, z czasem zamienia się w tradycję, a niewykluczone, że w uzależnienie.  Jak to sprawdzić? Ano zalecam przerwać dobrą, wysiedzianą rutynę innym działaniem! Żeby nikt nie mówił, że ma nudne życie, w którym na pewno nic się nie wydarzy – no to samemu można to wydarzyć! Zamiast kawy o siódmej, wypić herbatę. Albo kawę przesunąć na dziesiątą. I przyznaję, że znów się mądrzę, bo moją tradycją przenajświętszą od lat jest picie dwóch (koniecznie w małych filiżankach!) kaw dziennie; jednej do południa, a drugiej po południu w ramach obgadywania całego dnia z małżonkiem. Wiecie jak mi się życie wywróciło, gdy zdecydowałam się wprowadzić do niego element szaleństwa i wypić kawę numer trzy?!
Nie idźcie w moje ślady.

 

Rutyna jest dobra. Dla dzieci zwłaszcza i dla zwierząt domowych. Rutyna daje poczucie bezpieczeństwa, buduje nam to przerażające jutro, okiełzuje je i mówi: Ej, nic się nie bój! Wszystko zrobimy dokładnie tak, jak zawsze! I tak do końca żyćka, żebyś nie musiał, nie musiała za dużo myśleć, zastanawiać się, zmieniać, lawirować, ryzykować – po co? Poegzystujemy jeszcze trochę, dokładnie tak, jak myślisz, a potem umrzemy.

 

I wtedy nic nie będzie tak, jak się tego spodziewasz – prawdopodobnie wszystko cię zaskoczy. To może … zacząć już teraz? Się zaskakiwać? Wymyślić choć jedną rzecz inaczej w ciągu dnia? Coś w tym żyćku naszym namieszać, żeby nie być niechlubnym bohaterem Einsteina, w którym stwierdził (a myślę, że jako wynalazca wiedział, co mówi)

 

 

 Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów

 

 

Warto, oj warto szukać peronu 9 i ¾ bo inaczej będzie jak w tym kawale o kompocie

 

Mnie już korci, by opisać jak przebiega wywracanie do góry nogami rutyny w małżeńskim stadle! …..tak mi się przypomniało, gdym wybrała na obrazek promujący taki, którym wybrała. le może mnie ubiegniecie?
A jak tam Wasze rutyny, bezpieczne rzeczywistości dnia  codziennego bez alternatywy?  Podzielcie się.

 

Ps. Zauważył ktoś, jak walczę z rutyną? Wpis zamiast w piątek – w czwartek! Pięknego czwartku zatem!