Bóg lubi basy i perkusję – czyli o muzyce dla Boga.

Zanim nie nawiązałam relacji z Bogiem i nie zaczęłam poznawać „Jego ludzi” o muzyce uwielbieniowej wiedziałam tyle o nic. Podobali mi się śpiewający i klaszczący Murzyni, ale nie sądziłam, że da się na grunt polski przenieść ten składnik, którego potem zaczęło mi brakować w muzyce-z-założenia-dla-Boga. Autentycznej radości.
Potem trafiłam do denominacji, w której pieśni co prawda były, ale o dowolnej ekspresji nie było mowy. Raz był u nas Murzyn, który podczas śpiewania był naprawdę wesoły i klaskał, a nawet podrygiwał. Po nabożeństwie pastor stwierdził, że oni w Afryce „tak mają”…specyficznie.
Ale normą była postawa jak przy odśpiewywaniu hymny narodowego.  Młodzież od czasu do czasu wprowadzała gitarę, a jedna z dziewczyn bardzo żywo grała na marakasach. Półgębkiem usłyszałam od koleżanki, że (biedna) leczy się na ADHD. (może pastor zasugerował jej terapię ?; – ) )

Z biegiem czasu w domowych pieleszach coraz częściej słuchałam muzyki chrześcijańskiej, a inaczej: takiej, która wywyższała i uwielbiała Boga. Zaczęło się od alternatywnej wersji „Jezus siłą mą”.
Niby się podobało mojej wierzącej współlokatorce, ALE…. Ten rap.

Rap nie jest Bożą muzyką.

– nie przejmując się zbytnio tą opinią, po kolei znajdywałam takie perełki jak Adonai – „Będziemy tańczyć”  już wtedy doskonale odzwierciedlała moją radość, a kiedy miałam ochotę na pobujanie się w osobistych refleksjach, włączałam TGD lub Beatę Bednarz.
Jeszcze wtedy żyłam w niewielkim (już) przekonaniu, że Bóg daje zielone światło szemrzącym strumykom, fortepianowi, wiolonczeli, a jeśli śpiewaniu to tzw. niebiańskiemu pieniu  czyli : człowiek próbuje wyobraźnią odtworzyć jak w Niebie śpiewają aniołowie i naśladuje ich jak może ;- ) To nazywano nabożną muzyką.

Totalna zmiana brzmienia

Zmiana nastąpiła we mnie, kiedy zmieniły się moje modlitwy. Przestałam o cokolwiek materialnego prosić i żalić się. Pozostało uwielbienie. Nie potrafiłam modlić się inaczej – potrafiłam godzinami dziękować Bogu i uwielbiać Go.
Bardzo często pomagała mi w tym muzyka. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy trafiłam na zespół/(ba, cały Kościół!) Hillsong,  poczułam, że nadchodzi nowa era mojej muzycznej uczty. Nagle się okazało, że piosenkę ‘Oceans’ zna miliony ludzi na całym świecie włącznie z Seleną Gomez!
Po Jesus Culture  stwierdziłam, że to po prostu śpiewane słowa uwielbienia – ci, co nie potrafią śpiewać to je wymawiają, ci co potrafią- wyśpiewują.

Niebo pełne kolorów.

 

Od tego momentu sprawy potoczyły się szybko. Poznawałam kolejne zespoły, których celem jest jedno; uwielbić Boga. Niektórzy śpiewają to bezpośrednio, jak zespół Przed Nami 
a inni  używając metafor jak zespół Nuteki.

Któregoś dnia gdy rozmawiałam z Bogiem o byciu sobą, o tym, co do każdego z nas pasuje i jak został stworzony (np. z osobliwymi pasjami) odkryłam coś bardzo, bardzo mojego. Zespół  Christafari.  Ze względu na moją miłość do reggae! Pierwszą piosenką jaką usłyszałam w ich wykonaniu była wersja reggae piosenki ‘Oceans’ ale gdy usłyszałam ‘El amor de mi vida’  – przepadłam na dobre :- )
Wcześniej jeszcze, usłyszałam „Baruch Adonai” Paul’a Wilbura  i nogi (oraz ręce!) same poderwały mi się do podskoków ;- ) Uznałam, że nie ma sensu dłużej tłumić emocji i uczuć jakie mam do mojego Taty, bo właśnie PO TO i w ten sposób najprawdopodobniej powstała muzyka- by je wyrazić!
Inny mesjański Żyd, śpiewający na chwałę Chrystusa to Joshua Aaron.

Nienabożna muza ;- )

Ale Bóg ma swoich ludzi wszędzie. Również w zespołach rockowych. I chociaż ja takiego brzmienia nie lubię w ogóle w wersji więcej_niż_1_piosenka, mam znajomych chrześcijan, którzy uwielbiają…. uwielbiać przy tym;  P.O.D. i przy tym: H.B   no i zespół o wdzięcznej (i mega!) nazwie Demon Hunter  z rewelacyjną piosenką  „I will fail you” .

Bliżej tej nabożnej ;- )

 

Jeśli jednak ktoś nie lubi muzyki dynamicznej, lub w tym momencie ma nastrój na coś spokojniejszego, nic nie stoi na przeszkodzie, by polubił Julie True
lub kogoś takiego jak Don Moen  albo Acoustified Worship.

Jedną z piosenek, za którą przepadam jest „Dumnezeu e tarea mea”– tak to nie po angielsku :-)  Po rumuńsku –i w tym języku ją usłyszałam po raz pierwszy :
Ale mam dla Was niespodziankę- tę samą piosenkę po angielsku, a jakże – w wykonaniu Michaela W.Smith’a.

 

Katolickie czy protestanckie?

Ilekroć coś znajdywałam i chciałam się podzielić ze znajomymi, to słyszałam:
– Fajne ALE to katolickie.
– Fajne ALE to zielonoświątkowe.
– No ale i jedna i druga wynosi Jezusa na piedestał, więc z tym się możemy chyba zgodzić?!

Dla wielu ludzi pewna muzyka jest nie do przejścia tylko dlatego, że przypisana konkretnej denominacji. A ja uważam, że to właśnie muzyka może być doskonałym spoiwem, burzącym wszystkie bariery kiedy potrzeba tylko jednego: uwielbienia Jezusa.

Uwielbianie (nie) kontrolowane

 

Jakże ograniczonym i nieszczęśliwym trzeba być, by dzielić muzykę na „nabożną” i „nienabożną”. Pół biedy, jeśli tę swoją nieszczęśliwość-bez-basów praktykuje się w swoich czterech ścianach. Cała, gdy prowadzi się grupy ludzi, kilka pokoleń powściągając i kontrolując coś tak cudownego jak uczucia do Boga, podczas których ludzie marzą tylko o jednym: żeby skończyło się to jak najszybciej i żeby Bóg miał lepsze pomysły na muzykę w Niebie- gdy już się tam znajdą.

 

Macie jakąś ulubioną muzykę, która jest dla Was wyrazem, dopełnieniem uwielbiania Boga?

Więcej o muzyce uwielbieniowej TUTAJ.