Film tygodnia:  Kawa na pustyni

Przychodzę dziś z kolejnym ciekawym filmem tygodnia – będzie o bardzo gorącej Kalifornii, uwiecznionej na dokumencie „Desert coffee”(2017) przez….Polaków, bo reżyserem filmu jest Mikael Lypinski.
To najpierw cytat:

 

W kalifornijskiej części pustyni Sonora, w bliskim sąsiedztwie baz wojskowych, znajduje się „dzikie” miasteczko Slab City, zamieszkałe przez uciekinierów z „amerykańskiego snu”. Są w różnym wieku, przywieźli ze sobą różne historie, ale wszyscy wybrali wolność, nawet za cenę najbardziej podstawowych wygód. Jedynym miejscem wyposażonym w elektryczność jest tu prowizoryczna kafejka internetowa prowadzona przez Roba, serwująca „najlepszą kawę w okolicy”. (Filmweb.pl)

 

Bar a w nim prawdopodobnie jeden z bohaterów dokumentu – George. Zdj: Google Maps.

 

To jest w zasadzie bardzo trafny opis – zostajemy wyprowadzeni na pustynię, na której jest mnóstwo kurzu i bardzo ograniczony dostęp do wody – a jednak „studnią” dla wszystkich mieszkańców jest bar/ kafejka internetowa, w której co rano spotykają się na kawie podawanej w mniej lub bardziej wyszczerbionych kubkach i po prostu ze sobą rozmawiają.

Trudno określić, ilu dokładnie jest stałych mieszkańców Slab City; niektórzy przybywają tylko na sezon, dla innych…. nie istnieje lepsze na ziemi do życia.

Slab City Zdj: Google Maps.

 

Gdy odwiedzamy z autorami filmu kolejne, bardzo prowizoryczne  domostwa, można odnieść wrażenie, że ich mieszkańcy zostali tu zesłani za karę – niczym pierwsi Australijczycy.
Duchota, wszechobecny piach, żadnych udogodnień i jakby żadnych perspektyw. A jednak pod koniec filmu mam dominującą refleksję: To miejsce jest dla nich wybawieniem.

 

Gdy kolejni mieszkańcy Slab City mówią o sobie,  poznajemy trochę ich przeszłość i cechy charakteru – a te nierzadko wpychały ich w przeszłości w kłopoty – jest kobieta, która siedem lat spędziła w więzieniu. Po wyjściu przybyła do Slab City, w którym została zaakceptowana. Jednocześnie obserwujemy scenę, w której Rob żegna się z jedną z mieszkanek – wyprasza ją ze społeczności. Powód? Nadużywanie narkotyków.

O Robie mówi się, że kocha ludzi. I rzeczywiście wydaje się być człowiekiem cierpliwym, gotowym słuchać i szukającym rozwiązania.
Slab City, mimo iż przytuli niemal każdego, rządzi się swoimi prawami. Są one bardzo proste, ale trzeba ich przestrzegać, co dla wielu przybyłych może stanowić problem. Czemu? Bo noszą w sobie gniew, agresję, konflikt. I jak mówią, gdyby nie trafili do Slab City, z pewnością wylądowaliby za kratkami.
A ta pustynna społeczność okazała się dla nich szkołą życia, z której wynoszą dobre lekcje; uczą się uspokajać, akceptować siebie i innych, odreagowywać w zdrowy sposób. Cały czas muszą liczyć się z niewielką społecznością, o ile chcą pozostać jej częścią.

Dlatego słuchając uważnie ich historii stwierdziłam, że to miejsce jest dla nich wybawieniem.

 

Według mnie, „Desert coffee” jest filmem pełnym symboli, pewną miniaturą naszych społeczeństw – niestety często bez pozytywnego ducha czy też rozjemcy (jak Rob) a co za tym idzie, bez nigdy niewyciągniętych lekcji.
To też polecam ten nieśpieszny dokument Lypinskego – dostępny na Netflixie.
A może już ktoś widział?