Rozważania blondynki – sposób na paragony grozy

Wakacje w pełni, a po sieci z powagą czarnej wołgi krążą tak zwane: paragony grozy. Grozę sieją ceny nadbałtyckich głównie, restauracji.
Przeglądając je, można zauważyć, że zamawiane jest właściwie zawsze to samo – zatem na podstawie sieciowych paragonów można spokojnie spisać żywieniową historię Polaków w ciągu miesięcy wakacyjnych; ryba, frytki, Cola, piwo, sok i obowiązkowo surówka – dla wygładzenia tych przygotowujących się do skoku trójglicerydów.

Jednak nie ma nic gorszego, jak zakłócone wspomnienia – bowiem mówią one o nieuchronnie zmieniającej się rzeczywistości.
Bo oto Polak od maleńkości jeździł nad morze, zażywać słońca, wody i rybki z kutra – ale paragony (o ile w ogóle były) nigdy nie budziły takich emocji!
Wszystko zmieniło się w pandemii. Lokale zamykano, otwierano, zamykano, otwierano i póki co, pozostały otwarte, ale okazuje się nagle, że za ten sam zamawiany od lat zestawik na zwieńczenie aktywnego dnia na plaży (parawan się sam nie rozłoży) przychodzi zapłacić …. O zgrozo, nawet 120 zł za wyżywienie  czteroosobowej rodziny!  A gdzie kręcone lody?! A gdzie jagodzianki na śniadanie i pączki do rączki w ramach podobiadku?!

 

Może mała dygresja.
Wiecie, że wśród maturzystów najbardziej niezdawalnym przedmiotem jest od lat matematyka? Przypadek? Nie sądzę.
Restauratorzy wręczający paragony, nazywane później paragonami grozy ,jeden przez drugiego przytaczają stale jeden fakt: Polacy najbardziej > płyną < (o paradoksie) na rybie.  A tak to! Okazuje się, że rybę trzeba kupić w całości – jednak nie każda waży  100g, a  kojącą kwotę w menu widzimy właśnie za tę gramaturę – po skonsumowaniu i otrzymaniu rachunku, możemy mieć efekt mordki w podkuwkę. Cóż, kto by przypuszczał, że ten dietetyczny niemalże kawałek fląderki czy pstrąga może ważyć 370 gramów? Przecież nigdy w domu nie ważymy jedzenia!  A i chyba poważnym faux pas byłoby zapytać kelnera przed złożeniem zamówienia, ile średnio waży dana ryba? Jeszcze człowiek wyjdzie na dusigrosza.

 

 

Jako że nie mam potomstwa, rząd uznał, że to inni będą spędzać wakacje za moje podatki, a ja nie mam do nich prawa.
I wiecie co? Wypięłam się na rząd i sama sobie wakacje zorganizowałam. I uwaga: żaden paragon mnie nie zaskoczył! Otóż na paragony grozy mam niezawodny, acz kontrowersyjny sposób. Oto on:

 

Gdy Polacy co rok rozdarci między ciepłą, acz obcą Chorwacją, a drogim, zimnym, acz rodzimym Bałtykiem wybierają to drugie, ja biorę mój nowy, kupiony w Decathlonie, wypasiony namiot, prowiant i ruszam w trasę!
I to polecam każdemu, kto ma choćby najmniejsze wąty co do cen usług gastronomicznych! Biedronki, Lidle i tym podobne dobrodziejstwa są w każdej mieścinie, a tam? Cuda na kiju! Można nakupić kiełbasy, serów, ziemniaków, a nawet klopsików w sosie i Vifonów (A co mi tam! Hulaj dusza, piekła nie ma!) i za tę  – coraz wyższą cenę, a jednak w podrównaniu do obiadu knajpowego, nadal niską – codziennie urządzać sobie ucztę Baltazara!

No dobrze, teraz chwila prawdy.
Może to mało fejsbukowe i mało instagramowe, że „biedujesz” na „wczasach”, „koczując” w namiocie i gotując na własnym palniku,
może nie są to wakacje godne gwarantowanych 500+ i bonu wakacyjnego dla dzietnych, ale zapewniam, że jest coś prymitywnie pociągającego w zdobywaniu jedzenia na własną rękę i to jak najmniejszym kosztem. I jest coś pociągającego w doraźnym organizowaniu sobie życia pod gwiazdami.
No jest ta nutka ryzyka, zwłaszcza w nocy – niech ktoś zahaczy o twojego śledzia i wpadnie ci do namiotu wraz z całą boczną ścianą!
I nadsłuchiwanie – grzmi czy nie? Będzie z tego deszcz czy nawałnica?

 

Pomyśl, jak wielu z twoich znajomych wróci z po prostu wczasów nad Bałtykiem, mając za wspomnienie jedynie kawałek świstka, który podniósł im ciśnienie bardziej niż posolone frytki.

A ty? Możesz wrócić do pracy, osunąć się z zadowoleniem na znajome siedzisko mówiąc : Wreszcie można normalnie usiąść!
A na pytajniki w oczach współbraci niedoli, wyrażone w końcu:
– To co ty robiłeś na urlopie?
– Byłem na wyjeździe survivalowym! Przeżyłem!

Plus 100 punktów, jako że za survival – to jest:  przeżycie, płaci się obecnie krocie. I nie są to pieniądze przejedzone.
Przy małej fotograficznej wprawie, na Insta zrobisz z tego prawdziwą wyprawę! Ludzie będą ci to lajkować, kumple podziwiać za zaradność i siłę ducha. Ani się obejrzysz, a będziesz współpracować barterowo z producentem żywności liofilizowanej czy kartuszy. Masz także szansę zostać popularnym twórcą internetowym, a nawet drugim Tonym Halikiem, czy Dzikowską – z czasem możesz stworzyć nowy trend i pociągać za sobą coraz większe tłumy, żądnych przygody przetrwania!  Ponadto namiot może być orędziem cichego, ale jakże widocznego buntu przeciwko każdej, cenowej grozie. Tylko upór może coś zmienić w tym kraju! Dajmy w tej batalii głos śledziom namiotowym!