2 filmy na wieczór

Wspominałam kiedyś, że nie przepadam za amerykańskim poczuciem humoru? No i ta niechęć sprawia, że raczej nie sięgnę po komedię zza oceanu. A jednak ostatnio dałam szansę dwom produkcjom i nie żałuję tych decyzji!

Do pierwszej popchnął mnie wątek zniknięcia głównej bohaterki – a ponieważ lubię ten wątek w książkach i filmach o charakterze mniej lub bardziej kryminalnych, a tu miała zniknąć Cate Blanchett, uznałam, że to może być ciekawe połączenie! Ponadto nie potrafiłam sobie wyobrazić, że Cate Blanchett sili się na prymitywny żart – i nie zawiodłam się!

Główna bohaterka, Bernadette jest szczęśliwą żoną i matką nastolatki, Bee. Niektórzy rzekliby, że jest nieco ekscentryczna czy dziwaczna, ale ja mam inne określenie; jest oryginalną „sobą”, artystką na krótko przed załamaniem nerwowym, albo przed …. dużą zmianą!
 Ponadto Bernadette to szalenie inteligentna, wysoko wrażliwa kobieta i – według mnie  –  jest żeńskim odpowiednikiem Adasia Miauczyńskiego z „Dnia Świra” – być może nagromadzenie tych cech sprawia, że kiepsko dogaduje się z otoczeniem. Nie lubi wychodzić do ludzi, unika tłumów, tym bardziej, że kolejny świat zaraz po najbliższej rodzinie, tworzą lokalne, perfekcyjne panie domu – mamuśki zafiksowane na punkcie robienia ciasteczek i urządzania akcji charytatywnych. Bernadette najlepiej czuje się w swoim równie oryginalnym domu, wśród najbliższych sobie ludzi.

 

 Jedno z lokalnych, niespodziewanych wydarzeń sprawia, że Bernadette znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Wszyscy zaczynają jej szukać, ale to właśnie nieśmiała dotąd Bee wykaże się odwagą, hartem ducha i wpadnie na trop mamy! Przy okazji dowie się i pokaże nam ukryte dotąd fakty z życia Bernadette; wraz z Bee odkryjemy każdy puzzel składający się na wybory życiowe głównej bohaterki, odkryjemy w niej kogoś, o kim jeszcze na początku filmu nie mamy pojęcia. A z czasem i Bernadette, w totalnie zimnym i zdawałoby się, nieprzyjaznym klimacie powróci do samej siebie – do tej osoby, która dawała jej najwięcej energii.

 

Film jest niezwykle ciepły, z lekkim, ironicznym poczuciem humoru tak charakterystycznym dla mojego ulubionego, brytyjskiego (!) kina. Spokojnie można go oglądać całą rodziną. Nie ma podziału na dobrych i złych bohaterów, mimo, iż miejscami sprawia takie wrażenie – każdy ma szanse się „obronić” – nawet dążące do perfekcji mamuśki z sąsiedztwa.
Ma piękne zdjęcia bo reżyser poprowadzi nas w te rejony świata, których się nawet nie spodziewamy, ale które zachwycają!  Polecam „Gdzie jesteś, Bernadette?” (2019)

 

 

Drugi film wybrałam ponieważ gra w nim mój ulubiony aktor – a dodając do tego Winonę Ryder,  razem tworzą mi bańkę wspomnień filmów z lat 90.  Oboje byli reprezentantami tamtej epoki i ilekroć słyszę te nazwiska, od razu jednym tchem mogę wymienić takie produkcje jak „Przerwana lekcja muzyki”, „Speed: niebezpieczna prędkość”, „Adwokat diabła”, „Słodki listopad” czy „Małe kobietki”. Wiem, że Keanu Reeves i Winona Ryder prywatnie są dobrymi przyjaciółmi, zatem tym bardziej chciałam zobaczyć ich w sarkastycznej komedii jako duet, który za sobą nie przepada.

 

Gdy przeczytałam lakoniczny opis filmu wg Filmweb : „Historia dwojga nieszczęśliwych gości weselnych, którzy wbrew sobie zaczynają budować uczucie.” Od razu odechciało mi się seansu. Przemogłam się tylko ze względu na Keanu Reeves’a, podobnie jak podjęłam się trudu „Matrix’a” (czego absolutnie nie żałuję, wręcz przeciwnie!) mimo początkowej niechęci.  Sama osoba Keanu rekompensuje mi każdy brak produkcji….. ale w „Weselnym przeznaczeniu” (2018) naprawdę tych braków trudno się dopatrzeć!

Frank i Lindsay poznają się w drodze na wesele byłego faceta Lindsay i od razu traktują się z niechęcią. Jako, że są skazani na wspólny lot kameralnym samolotem, zaczynają z nich wyłazić pierwsze potworki; od tej chwili film staje się splotem ich dialogów, a cała reszta; piękna okolica kalifornijskich winnic, państwo młodzi, cały ten ślub i wesele, goście weselni…. stają się jedynie tłem, gdzieś w oddali. Właściwie…. Całej tej otoczki mogłoby nie być, gdyż film nie jest komedią sytuacyjną, ale przegadaną, rodem z Woody’ego Allena – czyli moją ulubioną. Chłonęłam ich wszystkie dialogi, raz po raz parskając ze śmiechu. Zarówno Frank jak i Lindsay w ogóle nie starają się wywrzeć dobrego wrażenia na sobie nawzajem – wręcz przeciwnie! Obnażają się od razu, nie pozostawiając złudzeń. Na wesele docierają – po wielu nietypowych przejściach, na którym ani trochę nie bawią się dobrze, gdyż tak naprawdę ani jedno, ani drugie nie chce tam być.
Po powrocie do swoich pustych domów, w których czują się najbardziej bezpiecznie, komfortowo, coś uwiera na tych wysiedzianych kanapach i jednego, i drugiego …. I tak szczerze? Tutaj nie potrzeba ani happy’endu ani żadnego „end’u” – film warto obejrzeć dla samej drogi!

 

A może już widzieliście któryś z tych filmów? Podzielcie się opiniami tutaj lub na Facebooku.