Kino lat 90. – 2 dobre filmy

Ilekroć mowa o kinie, stale przewija się ten sam komentarz:  W latach 90. To dopiero były filmy! Teraz takich nie ma.
Oczywiście, trudno, żeby były. W przeciągu 30 lat kino i sposób robienia filmów zmieniły się diametralnie – ale ja chyba wiem, o co chodzi ludziom; myślę, że nieco zmieniła się również motywacja wielu twórców. Tak, mamy jakieś niszowe filmy, które opowiadają historię….. no i właśnie pierwszy sygnał: to kino obecnie nazywa się niszowym. Resztę stanowią tzw. superprodukcje nastawione na miliardowy box office. Pomijając możliwości techniczne i graficzne, od lat 90.filmy…. przyspieszyły. A miłośnikom kina lat 90. Chyba chodzi właśnie o tę niespieszność – i dziś mam dla Was dwie propozycje filmów sprzed prawie trzech dekad:

 

 

„Dym” (1995) – reż. Paul Auster / Wayne Wang.

 

 

W pewnym amerykańskim mieście, na rogu pewnego zatłoczonego skrzyżowania znajduje się sklep z trafiką, prowadzony przez starego kawalera – Auggiego Wrena (Harvey Keitel). Sklep ma swoich stałych bywalców – mężczyzn, którzy codziennie zbierają się w tym azylu by przy niespiesznym dymku, porozmawiać o życiu. Klienci przychodzą i wychodzą, ale niezmiennymi bohaterami są tu wspomniany Auggie i jego wieloletni przyjaciel – Paul, który jest pisarzem, mieszkającym samotnie.
I my obserwujemy ich codzienną rutynę niczym Wielki Brat; przysłuchujemy się ich rozważaniom o świecie, obserwacjom („Zobaczysz, za kilka lat  wszyscy będą siedzieć pozamykani w domach, ludzie nie będą się do siebie odzywać!”) i zostajemy wciągnięci w ich życie od kuchni – a raczej, poza sklepem. Tam dzieją się dwie rzeczy przerywające tę rutynę; Auggiego pewnego dnia odwiedza kobieta z przeszłości, a Paul zostaje uratowany przed niechybną śmiercią przez młodego chłopaka.
Te dwa wydarzenia nieco zmieniają ich losy; ale nie na tyle, by zachwiała się ich przyjaźń, zamknął się sklep, skończyły się spotkania przy dymku lub powstrzymało Auggiego zrobienia kolejnego zdjęcia znajomego skrzyżowania, co czynił każdego dnia od kilkunastu lat.
Film ogląda się przyjemnie – jest idealny na leniwe, niedzielne popołudnie lub deszczowy dzień. Jak ktoś powiedział: jest to opowieść w opowieści. A opowieści są zarówno niezwykłe jak i zupełnie codzienne i przyjemnie spychają widza do miejsca uważności, nastawienia na słuchanie, istoty codziennego życia i jego wyborów. To też film o przyjaźni, wzajemnej pomocy i trosce. O braniu odpowiedzialności.
Sam papierosowy dym ma tu znaczenie – jak dla mnie- metaforyczne; to przeżywanie życia w chmurze rutyny, ale uważnie, przyglądając się sprawom.
Bardziej wnikliwy widz dostrzeże również przenośnię w  codziennym fotografowaniu tego samego miejsca.
Gdybym miała opisać ten film kilkoma przymiotnikami, byłyby to: nieśpieszny, męski, pozytywny.
Zachęcam.

 

 

„Chłopaki z sąsiedztwa” (1991, oryg. Boyz N the Hood) – reż. John Singleton

 

 

Gdy John Singleton nakręcał „Chłopaków..” to właściwie robił film o swoich równolatkach; młodych chłopakach, żyjących i umierających w afro-amerykańskim getcie South Central (Los Angeles). Właśnie w tamtych latach, między rokiem 1990 a 1992 doszło do największej liczby zamieszek, strzelanin w wyniku pojedynków gangów.
I w tamtym czasie osadzona jest akcja „Chłopaków..” 

 

Głównymi postaciami są Tre, oraz bracia Ricky i Doughboy; Ricky to młody ojciec i mąż, ale i dobrze zapowiadający się futbolista, który właśnie zostaje odkryty. Tre jest dobrym uczniem, marzącym o życiu poza gettem.  Jesteśmy widzami ich codziennego życia, pełnego niepokoju, nadziei i beznadziei, oraz zakładanych masek. To walczące gangi złożone z chłopaków bez nadziei na przyszłość, wkurzonych, kierowanych emocjami i adrenaliną. Tre ma jedną, ogromną przewagę nad nimi – obecnego, kochającego ojca. To właśnie on prowadzi jedną, z najważniejszych – według mnie – scen w filmie; pewnego dnia zbiera chłopaków w jedno miejsce i przekazuje im prostą prawdę:
– Jak sądzicie, dlaczego tylko w czarnej dzielnicy sklep monopolowy jest zaraz obok sklepu z bronią? Oni chcą żebyście się nawzajem wykończyli, żebyście nienawidzili się nawzajem.

 

I dokładnie to się dzieje. Pomijając walki gangów, możesz usłyszeć, gdy czarni nazywają innych czarnych „czarnuchami” (ang. negro) a czarni policjanci tych czarnuchów prześladują.
Mimo, że prawda jest bardzo lokalna, to jaką jest  dobrą metaforą życia wszystkich ludzi na świecie! :
wszyscy stworzeni równi, wszyscy stworzeni do miłości – stali się dla siebie nawzajem wrogami.

 

Ciekawe jest również to jak reżyser przedstawia „dobrych” i „złych” – otóż uniknął tego, czyniąc ich powiedzmy to: lustrzane odbicia – reakcją widzów po pierwszych seansach były komentarze typu: „Hej, ci ludzie są tacy sami i zabijają się nawzajem”.
To odnosi się do nas wszystkich, każdego dnia.

 

Film bardzo polecam.  A może już widzieliście? Jakie macie refleksje po seansie jednego lub drugiego filmu? Czy uważacie, ze filmy z lat 90.były jakby lepsze? Więcej filmów z lat 90.? Oto inne propozycje. KLIK

Ciekawostka o reżyserze: 

„(…) był najmłodszym twórcą i pierwszym Afro-Amerykaninem, który dostąpił tego wyróżnienia. (…) „Chłopaki z sąsiedztwa” okazał się najbardziej kasowym filmem wyreżyserowanym przez Afro-Amerykanina.” (Filmweb)