Niedziela szesnastego

Czy macie taki dzień w tygodniu, gdy robicie cotygodniowe,  generalne porządki? Oczywiście, każdy może rozumieć pod hasłem „generalne” co innego! Dla jednego może to być uprzątnięcie z  podłogi zalegających skarpet, dla drugiego przejrzenie każdej szafki i szuflady w domu włącznie z omiotnięciem absolutnie każdej pajęczyny, nawet w najbardziej zapomnianych zakamarkach.

 

Załóżmy, że zdobywacie się na ten nieludzki wręcz wyczyn i tak ogarniacie cały przybytek, że jedynie bardzo wprawne oko pod rękę z białą rękawiczką jest w stanie wychwycić jakąkolwiek skazę. Jak się wtedy czujecie? A raczej….. jak długo unosicie się w tym stanie euforycznej dumy, samozadowolenia, robiąc sobie postanowienie „Już zawsze tak będę dbać o dom” ?
Jeśli jesteście zupełnie przeciętnymi ludźmi bez tiku nerwowego objawiającego się nadmierną aktywnością rąk, to podejrzewam, że ten błogostan trwa co najwyżej kilka dni, nie dobiwszy nawet do tygodnia. A potem znowu to samo.

 

 

Każdy ma coś, czym zagraca sobie przestrzeń. Ja mam papier. Wszechobecny papier, papiury, papierzyska, ozdoby, papierowe wytłoczyny, przydatniki, kserówki, skrawki Bóg – wie – czego i na co. Święte Graale, nietykalskie święte krowy. Do czasu.

Pisząc do Was ten tekst, po mojej prawej stronie na wtorkową wywózkę kategorii PAPIER, czeka duże pudło po brzegi wypchane papierem; wszystkimi tymi świętymi krowami dotychczas nietykalnymi.

 

Czy mówiłam, że największe zmiany w  moim codziennym funkcjonowaniu wokół gospodarstwa domowego często zachodzą pod wpływem impulsu?
Otóż sądzę, że kilka dni temu nie przez przypadek ściągnęłam z półki z książkami jedną pozycję (podarowaną dawno temu przez kochaną mamusię, ale „nie jako jakiś podtekst czy coś”) noszącą prześmiewczy wręcz tytuł „Magia sprzątania”, autorstwa Japonki Marie Kondo.
Marie od 5. roku życia kocha porządkowanie i patenty na skuteczne … życie w wybranej przez siebie harmonii. Na własnym przykładzie rozprawiła się z poradami typu: kupujesz nową rzecz, wyrzuć jedną. Przeznacz czas na gruntowne posprzątanie jednego pomieszczenia i tak po kolei. Ona obiecuje: posprzątaj tylko raz w życiu i więcej nie będziesz musiała.
Specjalnie dodaję tu żeńską końcówkę, bo chyba podobnie jak Marie, nie spotkałam się jeszcze z przypadkiem mężczyzny zatroskanego bałaganem tudzież nadmiarem rzeczy.

 

To, co podoba mi się w podejściu Marie, to podejście holistyczne – może dlatego, że sama tak podchodzę do wszystkich zmian? W sensie: posprzątana szafka to nie tylko szafka uporządkowana. To może nieść za sobą nową energię życiową, nowe, zupełnie nieznane wody, na które wypłynę, nowe życie wręcz. To oddtłamszenie samej siebie, zerwanie wielu pęt.

Bo skoro bałaganimy, chomikujemy, nie potrafimy się z jakąś rzeczą rozstać, to coś nam mówi nasza dusza, coś zalega między nasza wewnętrzną wolnością, a stertą niepotrzebnego papieru kolorowego.

I tak szczerze napisawszy, podchodząc do czegoś tak pozornie banalnego jak posprzątanie, musiałam zastosować jedną z moich ulubionych metod docierania do sedna sprawy czyli 5 razy DLACZEGO.
Np. dlaczego nie chcę pozbyć się 10 pustych zeszytów?
Metoda 5 razy dlaczego jest prosta. Co najmniej 5 razy drążymy temat, zadając sobie pytanie dlaczego i udzielając sobie samym szczerej odpowiedzi. W każdym razie pytamy siebie tak długo, aż uzyskamy odpowiedź z wnętrza nas.
Na przykład: Dlaczego nie chcę wyjść na ulicę bez makijażu? – Bo brzydziej wyglądam. Dlaczego uważam, że brzydziej wyglądam? – Bo porównując się do innych kobiet, gorzej wyglądam bez makijażu. – Dlaczego porównuję się do innych kobiet? – Bo nie jestem na tyle pewna siebie, żeby uznać, że jestem wystarczająco ładna.

I tak patrząc na moje sterty papierów, pieczołowicie pochowane przed ludzkim okiem (a jednak nie moim okiem wewnętrznym) raz po raz zadawałam sobie pytanie dlaczego?

Czy macie też tak, że gdy się czegoś pozbywacie, czego tak naprawdę nigdy nie chcieliście, nie pokochaliście tak naprawdę i nie spełniło to ważnej roli w waszym życiu, oddychacie z ulgą?
Miałam tak po orbitreku, wielu ubraniach, nietrafionych książkach i z pewnością kilku innych rzeczach.
Ale naczelną zasadą Marie wcale nie jest ta, którą zwykliśmy stosować machinalnie, czyli myślenie o tym, co musi polecieć. Marie mówi:
Nie myśl o rzeczach, których chcesz się pozbyć, ale o tych, które chcesz zatrzymać.

Jakże to ułatwia prace porządkowe!
Koniec końców, nie było tych rzeczy aż tak wiele. A mówię tylko o papierach (które nie są ważnymi dokumentami).

 

Zasada Marie, którą sama od siebie  stosuję od lat jest sprzątanie kategoriami, a nie pomieszczeniami. Przykład: w moim pokoju z okienkiem, z którego piszę, zalega wiele rzeczy. Gdy raz w tygodniu podejmuję decyzję o posprzątaniu go (gdyż uwielbiam tak naprawdę możliwie puste przestrzenie!) nie rozglądam się gorączkowo, co tu nie pasuje i gdzie to upchać. Otóż najpierw zbieram wszystko, co powinno znaleźć się w kuchni (zwykle jest to niezliczona ilość filiżanek i kubków). Potem, wszystko co powinno znaleźć się w komodzie – i są to porozrzucane sweterki, bluzy, skarpetki. Potem to, co ma swoje miejsce na przykład w łazience (kosmetyki przywleczone w ciągu tygodnia) a potem dopiero układam rzeczy wewnątrz pokoju; papiery, książki itp.

 

Tak naprawdę kocham żyć w ładzie. Nie mylić z Polskim Ładem – bo  to akurat oksymoron.
Gdy często zmieniałam lokum, najbardziej lubiłam ten moment przed rozpakowaniem wszystkich pudeł. Głos wędrujący bez skrępowania po pustych wnętrzach. I to poczucie relaksu wynikające z pustki, z braku rzeczy, które nie chcą mojej uwagi.
Taką mam mniej więcej sypialnię – jest w niej tylko łóżko i rattanowa komoda na bieliznę. Tylko dla względnej ozdoby stoi stara, drewniana gitara i wiklinowy transporter dla kota, służący za przechowalnię aktualnie czytanych książek czy magazynów. W sypialni osiągnęłam ten minimalistyczny błogostan, choć paradoksalnie, najmniej go widzę – mniej  więcej do momentu zaśnięcia.  Ale gdy się budzę, nie jestem przytłoczona.

 

 

Myślę, że podobny stan nirwany osiągnął już mój salon i kuchnia – odkąd jest nowa.
Gackownia – czyli pokój, który wypożyczam od mojego kota (Gacka) a z którego piszę, to pokój ściśle roboczy – ale dzięki blatowi rozciągającemu się wzdłuż całej ściany pod oknem, mogę szybko zyskać namiastkę tej schludności – zwłaszcza, że cały ewentualny bajzel jest za moimi plecami, zatem go nie widzę.

 

Nie bez kozery mówi się, że porządkowanie życia powinno zacząć się od porządkowania przestrzeni wokół siebie. Nie ma w tym cienia przesady! W tym jest więcej mądrości, niż można by się spodziewać.
Zaczynając porządkować, spotykamy się znów z przeszłością – i często okazuje się, że latami tkwiliśmy niepotrzebnie przywiązani do spraw (w tym przedmiotów)  z przeszłości, które dla dzisiejszych nas nie mają znaczenia – bo spełniły swoją rolę.
Możemy też sprawdzić naszą siłę przywiązania do konkretnych rzeczy – czego najbardziej boimy się ruszyć? Czemu wystawiliśmy pomnik? Ja przy okazji przypomniałam sobie słowa Jeshu „nie bierzcie nawet sandałów na drogę..” i to, że oddałam Bogu wszystko, On jest wolnością i na pewno nie chce, bym żyła zniewolona rzeczami.
Jedna z bohaterek książki Kondo po radykalnych porządkach zdecydowała się w końcu na rozwód. Prawdopodobnie nie zdobyłaby się na to, gdyby nie decyzja o posprzątaniu najpierw swojego domu, a potem – jak się okazało, swojego życia, której ta część uwierała ją od dawna.
Zatem, kto się nie boi, ten sprząta dom!

 

A tak na serio, polecam tę książkę bardzo. Marie to osoba, która kocha rzeczy i podchodzi do nich z szacunkiem, jednocześnie nie obawiając się wyrzucić sterty wieloletniej korespondencji z kimś bliskim. I sądziłam, że to mało realne (i takie nie polskie!) dopóki sama nie spróbowałam.
Prawdopodobnie wielu z nas żyje pewnymi przekonaniami, które więcej mają z dysonansu poznawczego, niż z prawdy. Na przykład: trzeba wszystko gromadzić, bo mogą nadejść trudne czasy (w ten sposób pozbyłam się około 25 m folii bąbelkowej ot tak! za jednym pstryknięciem…. bąbelka!)
Pamiątek od bliskich (listów, kartek, dyplomów, laurek…) nigdy nie należy się pozbywać itp.

Ja np. przez kilka lat nie potrafiłam wyrzucić butów, które mi się podobały, ale nie nadawały się do chodzenia. Aż pewnego dnia bez słowa po prostu wzięłam je do ręki i zaniosłam do kontenera na śmieci. Wrzuciłam, kontener wywieziono i tyle było żalu. Nie zapłakałam za nimi ani razu. To jest prostsze niż się wydaje, ale baboki w naszej głowie nie chcą nam odpuścić.

Znacie to? Ja już myślę nad kolejnymi rzeczami do pozbycia. A jak u Was ze sprzątaniem…pokoju i życia?