Film tygodnia: Epidemia

 

Czy zauważyliście, że Netflix ostatnio proponuje dość dużo produkcji hiszpańskojęzycznych? Przyznam szczerze, że raczej je omijam. Za to postanowiłam dać szansę … Rosji. I nie zawiodłam się!
Pierwszą produkcją jest jakże oczywisty tytuł „Epidemia” w Polsce jednak zmieniony na „Ku jezioru”.

 

Moskwa. Ludzi atakuje nieznany nikomu dotąd wirus, który najpierw powoduje zabielenie oczu, a następnie śmierć w ciągu 4 dni, z powodu niewydolności oddechowej.
W ferworze walki o życie, a wkrótce również benzynę i jedzenie, znajduje się grupa naszych głównych bohaterów. To oni zapragną wydostać się z Moskwy i przedrzeć na odizolowaną od świata wyspę, na której odnajdą ratunek. W wyprawie uczestniczą:
nasz główny bohater Siergiej i jego partnerka wraz z nastoletnim, autystycznym synem, była żona Siergieja wraz z ich wspólnym dzieckiem, jego starszy ojciec oraz randomowa rodzina; milioner wraz z młodą żoną w zaawansowanej ciąży oraz córka milionera, Polina, która ma problem z alkoholem. A to dopiero początek, bo jak wiadomo, Rosja to stan umysłu!

 

Wkrótce do mieszkańców Moskwy dochodzą szczątki informacji; że drogi są zamknięte, a na ulicach grasują wyszkoleni, uzbrojeni bandyci.
Ale pozwólcie, że zrobię pewien rys psychologiczny:  to NIE JEST serial na amerykańską modłę; reakcje ludzi, które można przewidzieć, podział na dobrych i złych, zblazowane dialogi, powtarzające się w kolejnej i kolejnej produkcji oraz „cuda” które zawsze zdają się ratować tyłki bohaterów.
Tutaj to, co może pójść źle, idzie źle. Żadnych kompromisów!
Gdy już kibicujesz Siergiejowi i jego towarzyszom, musisz się zatrzymać wraz z nimi na tym niemiłosiernym mrozie, bo osobisty konflikt między obecną i byłą partnerką Siergieja staje się nagle największą przeszkodą do dalszej drogi! Gdy Siergiejowi pada  silnik w aucie, milioner postanawia się wycofać ze wspólnej podróży, niejako wystawiając resztę towarzyszy.
Zatem największą przeszkodą niekoniecznie jest wirus, ale  sami bohaterowie – i ich skomplikowane relacje.  Siergiej kilkukrotnie staje przed moralnym wyborem w sytuacjach, których nie wybierał – jest poddawany niesamowitej presji swoich współtowarzyszy podróży; każdy ma jakieś oczekiwania i wizję tego, co powinni dalej robić.
Jednak koniec końców widać światełko w tunelu – bohaterowie ulegają pewnej, wewnętrznej przemianie pod wpływem tych trudnych warunków. Przeszli długą drogę i nie spojlerując, sprawdza się tu powiedzenie: co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Jest też inny cytat, słowa Szymborskiej – jedne z moich ulubionych:
„Tyle wiemy o sobie, na ile nas wypróbowano”.
One znajdują w tym serialu głęboki oddźwięk.

To nie jest serial poprawności politycznej i unijnych przepisów. Tu nie ma walki o równość – raczej o takie przeżycie, które najmniej zeszmaci cię, jako człowieka.

 

Przyzwyczajona do amerykańskich seriali, z zaciekawieniem, a chwilę potem z przyjemnością weszłam do tego nieprzyjaznego świata realnych, ludzkich zmagań; zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i mentalnej. Podobnie jak Rosjanie, jesteśmy jako Polacy przyzwyczajeni do podejścia najpierw tak zwanego zimnego chowu, a potem musisz dać sobie radę.
Z ciekawostek: obejrzałam trailer amerykański – i cieszę się, że w polskiej wersji towarzyszył mi polski lektor, zza „pleców” którego mogłam usłyszeć oryginalne, prawdziwe, rosyjskie  emocje w głosach bohaterów. Amerykański trailer jest dubbingowany, a dialogi zrobione…. po amerykańsku. To już nie jest to samo.

Serial zrobiony jest naprawdę dobrze. Bohaterowie są wyraziści, tak prawdziwi, że aż miejscami chciałoby się, by zachowywali się inaczej. Serial poniekąd proroczy – jego premiera miała miejsce jesienią 2019 roku, gdy nikt z nas jeszcze nie wiedział, jak zmieni się świat za kilka miesięcy. A może ktoś jednak wiedział?
To pozostawiam Waszej ocenie. „Ku jezioru”. Oglądaliście?