Rodzina Greenleaf od zakrystii  – luźne rozważania.

Polski Kler znają już chyba wszyscy. Film, który pojawił się – dziś rzekłabym nawet ironicznie – jako support filmu „Tylko nie mów nikomu”. Zebrał bluzgi, śmichy-chichy i łapki w górę. Utwierdził wielu widzów w swoim przekonaniu na temat kuluarów kościoła katolickiego w Polsce. To ja dziś przekornie.

 

Wolisz słuchać? KLIK

 

Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie luksusową willę ułożoną wygodnie na terenie dużej posiadłości, która ma lokajów, kucharzy, personel na każdą sposobność. Jej mieszkańcy wydają się mieć za zadanie jedynie siedzieć i pachnieć.  A jednak każdego dnia podejmują ten trud i błogosławieństwo prowadzenia rodzinnego biznesu – kościoła.

Tak oto każdego dnia duża rodzina Greenleafów spotyka się na wspólnym śniadaniu, odmawia modlitwę, a potem każdy udaje się w swoją stronę; jeden do kochanki, drugi do kochanka, jeszcze inny robić wyniki i profity finansowe w wyżej wspomnianej,  rodzinnej firmie, której nie brak profesjonalizmu; jest sekcja uwielbieniowa, służba dla kobiet, dzieci, a nawet wynajęci ochroniarze na większe eventy – większe niż zwyczajowe, niedzielne spotkania 4 tysięcy wiernych.  Ale mówimy o Ameryce – jak wiadomo, tam wszystko jest większe i z większym rozmachem.

 

Życie chrześcijańskie – analogicznie.

 

Szukałam jakiegoś serialu o zabarwieniu chrześcijańskim –  znalazłam ‘Greenleaf’ i tak, jak można rozczarować się fabułą serialu, tak można rozczarować się kościołem, do którego się wchodzi.
Nie wnikałam w opisy filmu, po prostu zaczęłam go oglądać i szybko zorientowałam się, że życie pod płaszczykiem głębokiej duchowości i ich ciągłe
– God is good  (Bóg jest dobry)
– All the time!   (Cały czas!)

Odpowiadające  rodzimemu
– Niech będzie pochwalony.
– Na wieki wieków.

– jest tak samo beznamiętne. I nie, wcale nie chodzi o pieniądze, o blichtr, w którym pławi się rodzina pastora. Chodzi o to, gdzie jest ich serce.
Jezus powiedział:

 

Gdzie bowiem jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. (Mt 6, 21)

 

 

Oceniając Greenleafów mam tę łatwość, iż przekaz reżysera idzie właściwie w jedną stronę, każdy z nich ma coś za uszami, a ostatni będą pierwszymi.  Reżyser (a tak naprawdę to sądzę, że bardziej producent wykonawczy – Oprah Winfrey) wyraźnie sugeruje:  popatrz jaka jest różnica między tym, co w środku i tym co zewnętrzne.
I zapodane obrazy dodatkowo w tym pomagają.  Szczególną uwagę zwracają ozdoby szyi wszystkich bohaterek – są przerysowane. Jakby miały skupiać na sobie całą uwagę i raczej coś nieładnego zakryć, aniżeli być dumną ozdobą mówiącą o pozycji społecznej i statusie majątkowym.

Screen z filmu.

Na pewno wielu z nas zgodzi się ze stwierdzeniem, że bogactwo kościoła jest problemem. Może widzicie tu w pierwszej kolejności Kościół  Katolicki, ja widzę ogół:  ciało Chrystusa, bo tym jest kościół; ludzie pragnący naśladować Chrystusa. No właśnie…. w tym wielkim ciele każda komórka może mieć swoje cele.

 

Mamona

 

Czy pieniądze są złe? Czy niszczą ludzi? Czy są niepotrzebne w kościele?
Sądzę, że ciągły, wysoki przypływ finansowy w kościele Calvary, który zaczynał od totalnego zera, był błogosławieństwem od Boga……które z czasem zmieniło serca tych, na których spadła ta odpowiedzialność  – gdyż każde błogosławieństwo jest jednocześnie przyjęciem na siebie odpowiedzialności.  I tak jak Lucyfer stał się szatanem, tak pieniądze stały się dla Greenleafów mamoną, o której mówił Jezus:

 

Nikt nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego nienawidzić będzie, a drugiego miłować, albo jednego trzymać się będzie, a drugim pogardzi. Nie możecie Bogu służyć i mamonie. (Mt 6,24)

 

Wiecie, że Jezus bardzo dużo mówił w Biblii o pieniądzach? Poczytajcie wszystkie ewangelie, zachęcam.
On wiedział już, rozglądając się wokół, że pieniądze stwarzają pozory  władzy, a władza i pieniądze to coś, co pociąga człowieka bardziej niż cokolwiek na świecie.  W końcu…ostatecznie i Jego sprzedano za kasę – i to jego >własny księgowy< !

W tę pułapkę łatwo wpaść. Widzę, widziałam to w przypadku osób pracujących dla kościoła. Wygląda to często tak: Nie masz za co pomalować ścian. Modlisz się o pomoc Boga w tej sprawie i nagle bach! Cud! Przychodzi ekipa, malują ci wszystkie ściany za pół-darmo. Albo nie masz samochodu, a potrzebujesz – nagle ktoś miał sen, że ma ci dać 40 tysięcy złotych. I dostajesz je, kupujesz samochód i myślisz sobie: Tak właśnie wygląda Boże prowadzenie!

Ale zatrzymajmy się. Może się tu zdarzyć kilka złych rzeczy:
Po pierwsze pomyślisz, że widocznie spodobałeś się Bogu, dlatego On ci pobłogosławił…..i że wszystko co robisz, jemu się podoba i błogosławi ci we wszystkim. I że tak już będzie zawsze.

Nie chcesz aż tak Boga obciążać Jego kościołem, zatem czasami Mu pomagasz; np. pastor Greenleaf dopuścił się pewnych podatkowych dwuznaczności, z pewnością cały czas mając z tyłu głowy dobro wspólnoty, które jednak przestało być dobrem i stało się przekleństwem.

Sądzisz, że Bóg daje ci środki, a tobie pozostaje pomysł, co z nimi zrobić.  Poniekąd tak, jednak Bóg zawsze czeka, aż przyjdziesz i ustalisz to z Nim. Człowiek dostaje rozum i całkowicie wolną wolę, ale jeśli chce służyć według Bożego serca, musi to serce stale badać. (Psalm 139:23)

 

Służyć  – to istotne słowo.

 

Tam, gdzie pojawia się ludzka władza, trudno o służenie ludziom. O Jezusie mówi się, że królował z sercem sługi i służył z sercem króla.  Ale On uczył się każdego dnia doskonałości Ojca. Pozostaje nam robić to samo.

Nadrzędną rolą kościoła chrześcijańskiego jest służyć; realną pomocą, darami duchowymi, s(S)łowem. Bez tego kościół jest jedynie instytucją, klubem. A im więcej zarabia i mało daje – tym bardziej wkurza ludzi. Kościół Calvary zapewnia regularną rozrywkę i wierzę, że wśród tych 4 tysięcy dusz, wiele jest takich, które dzięki tej wspólnocie odnalazły drogę do Boga.

Niemniej przekaz zarówno filmu „Greenleaf” jak i „Kleru” jak i już proponowanego przeze mnie „Bulwaru odkupienia”   jest jeden: 

 

Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? (Mat 16:26)

 

Nie masz kościoła? Mało kto ma. Ale ta prawda dotyczy każdego człowieka, który zdecydował się iść za Bogiem:  nie ma czasu na udawanie chrześcijanina, na ciągłe pocieszanie się słowami Faryzeusza (odsyłam do Łk 18, 9-14) na pozostawanie na statku, który tonie, byleby klaskali i tańczyli, na dążenie do władzy i zaszczytów. I na spory, kto jest lepszy, w którym kościele jest gorzej, kto ma więcej.
Gdy Jezus powróci, nie będzie podziałów. Za to zapyta każdego o jego talent ; czy miał ich jeden, czy dziesięć.  I nie ma sensu zazdrościć temu z 10 talentami – on będzie rozliczony dziesięciokrotnie.

Niech to, co zewnętrzne nie będzie dla nas problemem wśród ludzi wołających „Jezus i tylko On!” – każdy ma coś tutaj do zrobienia. Każdy dostaje od Boga szansę, a najczęściej ich większą  ilość, ale nadejdzie w końcu sytuacja z Mt 7:22-23.

Wielu powie Mi w owym dniu: „Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?” Wtedy oświadczę im: „Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!”

 

Jezus w ewangeliach przekazywał prostą prawdę o prawości lub jej braku. Nieprawością jest brak miłości. I wszystko, co jest robione w życiu Bożego człowieka ma być robione dla Bożej chwały, a dla Bożej chwały można robić tylko rzeczy, które wynikają z prawdziwej miłości (1 Koryntian 10:31).

I wtedy nie ma problemu, gdy duchowny lata prywatnym odrzutowcem – może być tak samo prowadzony przez Boga jak ubogi kleryk z małej parafii docierający dla sprawy Bożej  na rozklekotanym rowerze.  
Dla Boga liczy się tylko serce. I dla nas też powinno. Dążmy do tego.

Oczywiście, łatwiej lubić tego drugiego, bo wtedy ma się jakby mniejsze wątpliwości co do jego powołania – żeby żyć w takim ubóstwie, naprawdę trzeba tego chcieć i widzieć wyższy cel. Duchowny, który obejmuje kilkutysięczny kościół wie już na samym początku, że nie braknie mu pieniędzy na wygodne życie, będzie rozpoznawany, może stanie się autorytetem zapraszanym do telewizji, a ludzie będą mu wdzięczni za prowadzenie kościoła hojną ręką. 
Ale dla Boga liczy się i tak tylko serce i dla nas też powinno.

Jak poradzić sobie z pieniędzmi  i życiem duchowym jednocześnie?

Mam bardzo prostą, acz niezwykle skuteczną radę:  jeśli mamy kościół, duchownego, który ma kasę – patrz, co z nią robi i dlaczego.  Ale najpierw chciej poznawać jego serce. Skup na tym swoją uwagę.
Po drugie włącz się w działanie – jeśli wspomagasz kościół finansowo, zaangażuj się w działania finansowane z twoich pieniędzy – i uświadom sobie, że naprawdę wiele możesz.

Jest taki sławny tekst, z którym bardzo lubię dyskutować, ilekroć pada ten temat :
Co byś zrobił, zrobiła z dużą wygraną na loterii?

– Nooo, gdybym miał(miała) z 40 milionów, ulepszyłbym  wszystkie schroniska dla zwierząt w Polsce!
– A gdybyś wygrał/a tylko 10 milionów?
– No to ograniczyłbym się do tych w moim województwie.
– A gdybyś miał jedynie dwa miliony?
– To zatrudniłbym w każdym z nich weterynarza na etat.
– A gdybyś miał tylko tysiąc złotych wygranej?
– Hmmmmmmm….
– Nadal możesz coś zrobić! Na przykład kupić karmę do schroniska!

Nie musisz czekać, aż wygrasz miliony aby czynić dobro. Wystarczy, że podzielisz się środkami, które masz dzisiaj. Na tyle, na ile pozwoli ci serce. W końcu, to ono jest i tak najważniejsze – niezależnie od tego, czy masz 40 milionów czy tysiąc złotych : )

‘Greenleaf’ to interesująca alegoria do życia w ogóle – cała rodzina włącznie z dorosłymi dziećmi i ich rodzinami, ma podobny, wysoki standard życia; wszyscy czerpią z tego źródełka, którym jest kościół – ale to prawdziwe próby wyłonią prawdziwych zwycięzców czyli tych, którzy do pieniędzy się nie przywiązywali zanadto i potrafili nagle zmienić stopę życiową. Takim przykładem jest młody James.
Przy okazji na jaw wychodzą różne, ciemne sprawy rodziny – nie ma tam czystej jak łza osoby, ale są ludzie z krwi i kości, którzy się nie poddają, wielu z nich nie daje się zdominować przez grzechy; przeszłe lub teraźniejsze. No właśnie…z krwi i kości. Dla mnie ze świeczką szukać tam osoby odrodzonej z ducha. Może przesadzam, może te osoby są po prostu w drodze, jak my wszyscy, a dopiero „końcówka” spolaryzuje każdego z nas.
 Film ma też to do siebie, że pokazuje nam bohatera w całości, człowiek od razu przystępuje do oceny. Zdaję sobie sprawę z tego, że to pływanie po powierzchni.

 Co ciekawe – oglądałam wywiad z odtwórcami tego serialu i jedna z aktorek powiedziała, że każdy z nich dostał rozpiskę swojej postaci, która zajmowała 14 stron druku! Jakże więcej wie o nas Bóg!

 

Pozory

 

Hipokryzja aż kipi u ‘Greenleafów’ gdy próbują ukrywać różne grzechy i brudy. Kolejne dni, tygodnie i lata pokazują jednak, że to, co zostało zakryte, musi zostać odkryte. Dokładnie tak, jak w Klerze czy Nie mów nikomu.  Właściwie …. Takie sprawy dotyczą każdego członka kościoła, ale na tych na świeczniku, czyli liderach, ciąży nadzwyczajna odpowiedzialność – mają być przykładem („Komu wiele dano, od tego wiele będzie się żądać, a komu wiele powierzono, od tego więcej będzie się wymagać.” – Łk 12:48) Zatem tak, należy oczekiwać, że liderzy kościołów będą przykładem i realnym wsparciem dla wszystkich.  
Ale przykład Greenleaf’ów  jest tak naprawdę lustrem dla nas wszystkich ; wierzących, czy nie, ale mających się za chrześcijan, tym bardziej. Nie chcę tu używać pompatycznych słów czy pouczeń – bowiem wszyscy jesteśmy w drodze, wszyscy się z czymś zmagamy z porzucaniem pewnych rzeczy. Po prostu badajmy swoje serca, a jeśli należy ono do Boga – pozwólmy Mu badać nasze serca. Tylko z tym zdiagnozowanym, można coś zrobić, a przede wszystkim żyć w tej zdrowej zgodzie, prawdzie- gdy to, co myślę zgadza się z tym, co mówię, a to co mówię, zgadza się z tym, co robię.

 

Co o tym sądzicie;  Czego oczekuje się od chrześcijan?  Na ile można oceniać życie danego człowieka? I czy znacie serial Greenleaf?