Blondynka i samochód

O tym, że blondynka nie ma łatwego życia, przekonałaś/eś się już w tym poście i w tym. Ale jeśli sądzisz, że zacznę post od utyskiwania, czy wyliczania punktów karnych – grubo się mylisz! Prawo jazdy kat. ….na auto takie osobowe, od lat 10, zero stłuczek, zero punktów karnych, zero kolizji. Okej, jeżdżę od czasu do czasu, może kilka razy w roku, ale wynik mam i tak imponujący!

Początki czyli „Musisz mieć prawo jazdy!”

Będąc młodą kobietą, która uwierzyła, że przyjmą ją do pracy jak tylko będzie mieć mgr-a przed nazwiskiem i prawko, a bez prawka nie przyjmą na pewno, dałam się namówić na prawo jazdy. Okej, w dzieciństwie uwielbiałam gokarty, ale gdy instruktor na drugich zajęciach oznajmił, że wyjeżdżamy na miasto, minę miałam nietęgą. Na szczęście nikt nie zginął- czego obawiałam się najbardziej. Nie spowodowałam też żadnej stłuczki, ani nawet gwałtownego hamowania. Wtedy to uwierzyłam, że prowadzenie samochodu naprawdę jest moim przeznaczeniem.

Egzamin i po egzaminie

Zdałam za drugim razem. Chociaż pamiętam doskonale każdy szczegół, nie mogę przypomnieć sobie jednego: JAKIM CUDEM zdałam?! Wytłumaczenie mam tylko jedno: instruktor nie jest Duchem Świętym i nie wie tak naprawdę o tym, co siedzi w mojej głowie. Co w niej siedziało? Blady strach na myśl o tym, że po tych wszystkich godzinach jazd i po egzaminie, wsiądę do samochodu zupełnie sama i nikt mi nie będzie podpowiadał jak mam jechać i jak rozszyfrować jaki znak; a nuż widelec znaczy coś innego, to znaczy…. że w innym kontekście niby? Wiadomo: wiedza podręcznikowa nijak ma się do praktycznej i tu nie można być pewnym niczego; to, że znak w książce jest narysowany jako białe kółko z czerwoną obręczą i pisze pod nim, że NIE WOLNO…. x…. to nie znaczy, że w rzeczywistości, na drogach Bielska-Białej tak jest.

Pierwsze koty za płoty

Nie, nie jestem z tych kobiet, co sądzą, że lusterko jest do poprawiania makijażu- nie powiem, kusi! Jest wręcz przeciwnie-lusterka unikam; zarówno tego głównego jak i bocznych. Powód jest prosty: nigdy nie potrafię prawidłowo oszacować odległości w nich. Ogólnie wiem co i po co w aucie jest. A jak nie wiem, to tego nie używam. Czasem….nadużywam. Tak było po raz pierwszy gdy zupełnie sama, bez żywego nawigatora (partnera u boku) jechałam trasą Bielsko-Jaworze. Będąc na wzniesieniu przed wjazdem na rondo, gałka od skrzyni biegów została mi w ręku. Przez sekundę tępo i z przerażeniem się w nią wpatrywałam, gdy jednak, zachowując zimną krew, postanowiłam nie robić korka (za mną był i tak sznur samochodów, a wiem to stąd, że w tej awaryjnej sytuacji wyjątkowo spojrzałam w lusterko) gdy znów odkryłam, że auto nie chce zapalić. Po około minucie prób, która wydawała się całą wiecznością, samochód w końcu zapalił, a ja z radością dołączyłam się do ruchu na rondzie. Nikt mnie nie strąbił. Cud.

Inaczej rzecz miała się z tankowaniem; naoglądał to się człowiek na filmach, jak kierowca tylko podjeżdża na stację i za chwilę odjeżdża z zatankowanym samochodem, że pomyślałam: nic trudnego! Podjechałam, ale gdy wyłączyłam silnik i wyszłam na zewnątrz, zorientowałam się, że to, po której stronie ma się wlew paliwa, ma znaczenie w tej sytuacji. Pikuś! -pomyślałam -przecież ten dozownik ma na pewno wystarczająco długi kabel! Nie miał. Musiałam przeparkować auto, co okazało się nieproste i w rezultacie czego, znów wyjechałam na drogę, rondo, przejechałam pół miasta by znów wjechać na tę samą stację tym razem po prawidłowej stronie. Gdy już to uczyniłam, zadowolona z siebie wysiadłam i uprzytomniłam sobie, że nie wiem, jakie paliwo mam zatankować. Wiedziałam tylko jedno: skutki w pomyłce mogą być opłakane. Zadzwoniłam do chłopaka, uzyskałam informację. Gdy tankowałam, modliłam się, by stacja nie wybuchła; ile to ostrzeżeń w międzyczasie przeczytałam! Że palić nie wolno, że kluczyki trzeba wyjąć ze stacyjki i w ogóle! „Wypowiadałam życia swego słowa” jak śpiewał Kaczmarski – przy tym tankowaniu. Udało się! Gdyby nie fakt, że z tych nerwów zapomniałam zapłacić! Wróciłam z wyjazdu- tyłem oczywiście- ale to było zagranie czysto polityczne; gdyby zobaczono, że wyjeżdżam przodem, na pewno wezwano by policję, urządzono pościg za mną i w rezultacie odebrano tak ciężko zdobyte prawo jazdy! Ale nie to mnie najbardziej przerażało- przeraziło mnie to, że nie wiedziałabym jak zachować się już po zatrzymaniu przez policję. Gdyby zapytano mnie o dowód rejestracyjny, czy apteczkę- pal licho. Ale jeśli zapytano by mnie o posiadanie czegoś, czego w aucie zlokalizować nie potrafię lub mam o tym nikłe pojęcie?!Wróciłam się więc tyłem, by okazać swą skruchę i naprawić błąd.

Przepisy rzecz święta

Nigdy w życiu nie jechałam bez zapiętych pasów, a wjeżdżając do bramy na polnej drodze, zawsze włączałam migacz specjalistycznie zwany kierunkowskazem (ufff kto wymyślił tę koszmarnie długą nazwę?!). Nie parkowałam nigdy na miejscach dla niepełnosprawnych , nie zajechałam nikomu drogi (a jeśli tak, to zupełnie niechcący) i nikogo nie wyprzedziłam- nawet furmanki! Mimo to, nie dostałam pracy dlatego, że prawo jazdy kategorii na-auto-osobowe było moim atutem. Ale odkryłam inne zalety posiadania prawa jazdy.

Szósty bieg

Kocham prowadzić samochód, ale pod pewnymi warunkami: musi być szybko, z zakrętami i trzęsąco, a najlepiej do tyłu! Jestem w tym wszystkim naprawdę dobra! Jak się domyślasz, mało mam ku temu okazji; mam auto nie-terenowe, a drogi, które są wąskie i kręte, są jednocześnie pełne dziur. Dlatego tak rzadko je prowadzę….

Nie lubię….

Nie lubię patrzeć w lusterka w celu sprawdzenia odległości. Nie lubię jechać w korku (nigdy nie wiem, na jakim biegu nie zgaśnie mi auto) nie lubię nie mieć klimatyzacji (a nie mam), nie lubię gdy za mną ktoś jedzie (więc pozwalam by mnie wszyscy wyprzedzali, nawet jeśli czasem kwitują to klaksonem) nie lubię nieznanych tras i takimi nie jeżdżę, nie lubię jechać bez osobistego nawigatora (partnera) bo mam kompleks Pustego Siedzenia, ale najbardziej nie lubię braku kultury na drodze.

Kultura na drodze

To jest sprawa czysto psychologiczna. O tym napiszę, rozwijając temat miłości- bo o to tu tak naprawdę chodzi: o wzajemną miłość, tę do bliźniego. Jej brak obserwuję na parkingach i drogach. Często myślę, że ten, kto projektował parking otwarty za CH Sfera, musiał myśleć w kategoriach miłości; na pewno miał wyobrażenie, że wszyscy uczestnicy ruchu będą tak parkowali swe samochody, by zajmować tylko jedno miejsce parkingowe, a wymijające się dwa samochody w jednej strefie, przyjaźnie będą ustępowały sobie miejsca. Tak się nie stało, czego wynikiem jest notoryczny galimatias w tym obszarze.

Czasem gdy parkuję (zwykle mój mąż parkuje za mnie) wiele razy „poprawiam” i to trwa. Ale robię to tylko dlatego, by obok mnie mógł się jeszcze zmieścić samochód.
Jestem podwójnie złym kierowcą, bo nie parkuję gdzie popadnie, tylko szukam miejsca, gdzie faktycznie mogę zaparkować. Nie ryzykuję życia osób trzecich, wyprzedzając sznurek aut, nie odbieram komórki w czasie jazdy, ani nie zasypiam za kierownicą.

Lata praktyki

10 lat praktyki podczas których nie prowadziłam samochodu przez 7. ..robi swoje! Ostatnio mój mąż wbił niemalże pazury w deskę rozdzielczą, gdy wjechałam na miejsce parkingowe na „trójce”; ale mogę Ci obiecać: nigdy nie widziałaś/eś lepiej zaparkowanego samochodu! Parkuję doskonale. Tak samo jak jeżdżę tyłem: wyjeżdżanie rozpędzonym autem z garażu jest moją specjalnością- warto! Choćby dla wyrazu twarzy mojej rodziny, na której najpierw maluje się przerażenie w najczystszej formie, a zaraz potem podziw.
Bardzo rzadko jeżdżę sama. Gdy się tak zdarza, mój mąż prosi mnie o sms lub telefon gdy tylko dojadę na miejsce przeznaczenia. Nie lubię! Przywykłam, że ktoś siedzi obok mnie i prowadzimy żywą dyskusję; ja pytam, czy mogę wjechać w daną ulicą, ktoś odpowiada. Ja pytam, co znaczy dany znak lub czy mogę zmienić pas- dowiaduję się. Pytam, gdzie mamy „piątkę”, za chwilę mogę to sprawdzić. Tylko GPS-u nie lubię; czuję się winna za każdym razem, gdy słyszę „ponowne obliczanie trasy”; mam wrażenie, że pani w GPS-ie za chwilę straci cierpliwość i powie: „Przecież mówię, że nie tedy, kretynko!” Wolę Krzycha; wydaje mi się jakiś bardziej wyrozumiały.

Dlaczego jestem blondynką za kierownicą

Bo mam zbyt dużą wyobraźnię. Oto najprostsza odpowiedź. Jestem zbyt przewidująca i tym samym zbyt ostrożna, podczas gdy prawie wszyscy wokół mnie, to wariaci, mający za nic życie swoje, swoich bliskich i innych uczestników ruchu. Może i mało się znam na znakach drogowych (jest ich zdecydowanie za dużo i są brzydkie) ale kieruję się podstawową zasadą : bezpieczeństwo przede wszystkim! Dlatego najczęściej siedzę na miejscu pasażera, mówiąc mężowi, jak ma jechać.

A Ty, jakim jesteś kierowcą?