2 filmy z Afryką w tle.

Gdy myślimy o filmie z Afryką w tle, od razu w naszej głowie pojawiają się hasztagi typu : niewolnictwo, wyzysk, mozolna praca w upale. A ja natrafiłam na 2 tytuły, które mówią o pokonywaniu przeciwności losu i o relacjach . Obydwa są oparte na faktach.

 

Pierwszy

 

Był sobie chłopiec. Niegłupi. Chciał się uczyć, toteż jego rodzice robili wszystko, by tak było. Mała wioska Kasungu, w Malawii zmagała się z wieloma problemami, z których największym była nieustanna susza. Mieszkańcom groził głód; na polach od dawna nic nie wyrastało, a znikome zbiory z czasem spowodowały rywalizację między mieszkańcami wioski. Wśród tego wszystkiego funkcjonował 14-letni wówczas William Kamkwamba. Ciężka sytuacja rodziny sprawia, że ostatecznie musiał porzucić szkołę, ale zanim to zrobił, przeczytał książkę o wykorzystaniu energii.
Wszystko zaczęło się od…dynama w rowerze, które zainspirowało Williama na tyle, iż pragnął je zdobyć.  Wiedział już, że dynamo zapewniłoby prąd w jego rodzinnym domu, umożliwiłoby mu naukę po zmroku, a z czasem nasz bohater miał plan długofalowy : zapewnić system nawadniający dla wioski, dzięki stworzeniu wiatraka.

Kadr z filmu „O chłopcu, który ujarzmił wiatr” (2019)

Biednemu zawsze wiatr w oczy – jak mawiają. I William nie był wyjątkiem; może i miał kilku entuzjastów wśród kolegów, ale nie mógł pokonać krótkofalowego myślenia ojca; ot wymyślił! Chce zabrać rower (na wiatrak) i żyć jakimiś mrzonkami!
Ostatecznie William sprawia, ze wszystkie radia we wsi grają, a przed nim udowodnienie rodzinie i wiosce, że chcieć to móc. Jak mówi później:

 

“Spróbowałem i zrobiłem to!
― William Kamkwamba, The Boy Who Harnessed the Wind: Creating Currents of Electricity and Hope.

 

 

Film to bezlitosne obrazy codziennego życia w Malawii.  Są wyschnięte na wiór połacie ziemi i ludzie zdesperowani, by okradać sąsiadów, ale ….nie na tyle, by COŚ wymyślić. I to pogodzenie się z własną bezradnością mieszkańców  –  odebrałam źle.  Jestem za działaniem, mimo, że w 100% jestem też za tym, by zostawiać sprawy Bogu, to tam, gdzie są kwestie, które nie mogą być ani dobre ani złe i które można załatwić za pomocą logiki – jestem za tym, by w ten sposób je załatwiać, zamiast przez całe życie, z pokolenia na pokolenie modlić się o deszcz. Mam wrażenie, ze Bóg w końcu odpowiedział na modlitwy Malawijczyków, zsyłając im Williama, który działał niczym biblijny Dawid; nie mając ani siły, ani nadzwyczajnych, sprzyjających  okoliczności, ale będąc pełen determinacji i nie ustając w walce o lepsze jutro.

 

 „Poszedłem spać, marząc o Malawi, i wszystko stało się możliwe, kiedy twoje sny są napędzane przez twoje serce.”  ― William Kamkwamba, The Boy Who Harnessed the Wind: Creating Currents of Electricity and Hope.

 

Polecam „O chłopcu, który ujarzmił wiatr”

Prawdziwego Williama i jego krótką historię możecie obejrzeć tu: KLIK

 

 

Drugi

 

 

Ach te czasy kolonialne! Aż chciałoby się tam być, w tych sklepach z trafiką, na afrykańskich ścieżkach, na których unosi się kurz, po każdym przejeździe motocykla, spać w drewnianym łóżku z baldachimem i patrzeć jak palmy rosną.
Być …tylko jako kto? Kolonizator czy miejscowy, któremu właśnie zaczęto mówić, jak ma żyć? W filmie „Palmy w śniegu”  widzimy raczkującą kooperację jednych i drugich, z tym, ze ci pierwsi mają przewagę pieniądza i siły, której nie szczędzą w dyscyplinowaniu czarnych. Są im potrzebni do robienia biznesów, w tym przypadku: produkcji kakao.

Kadr z filmu „Palmy w śniegu” (2015)

Ale od początku:  Jest rok około 2000 gdy Clarence, młoda Hiszpanka znajduje w rodzinnym domu list. Jego treść sprawia, że postanawia wyruszyć na wyspę Gwinei Równikowej – Bioko. To tam jej tata oraz wuj spędzili znaczną część swej młodości, która nie zakończyła się wraz z opuszczeniem Bioko…

Jest rok 1953. Kilian w ślad za ojcem i bratem wyrusza z rodzinnej Hiszpanii do nowej kolonii w Gwinei Równikowej. Jest ciekawy życia na innym kontynencie i szybko zaprzyjaźnia się z wieloma miejscowymi, w tym z czarnoskóra Bisilą, którą wybierze na towarzyszkę życia. Od tego momentu kamera skupia się niemal wyłącznie na Kilianie, jego dojrzewaniu, jego przeżywaniu świata wokół.
Zewnętrznie jest to piękny świat ; zielony, soczysty, ruchliwy, kolorowy. Jest też przerażający, niedoświetlony, w którym właśnie nastąpił podział na panów i podwładnych.
Relacje międzyludzkie to podział: czarne kobiety służą kolonistom wyłącznie do służenia – w każdej postaci. Czarni lokaje muszą znać swoje miejsce – a miłość Kiliana i Bisili wydaje się nie mieć żadnych granic. Do czasu. Gdy losy kolonistów zmieniają się, Kilian jest zmuszony opuścić swój mały raj i dom, który stworzył.

Fabuła ułożona jest zgrabnie – mimo, że film trwa niemal 3 godziny i kilka razy „skaczemy” w czasie, ta forma nie męczy. Z łatwością „łączymy kropki” i na końcu robimy „Achaaaaaaa! Tak to było…!” – zachęcam do seansu „Palm w śniegu”.

 

A może widzieliście już któryś z nich? Jak je odbieracie? Jakie jeszcze filmy z Afryką w tle możecie polecić?