Seriale inne niż wszystkie.

Od czasów „Alf’a” nie ma serialu, który w pełni zaspokoiłby moje komediowe żądze. Próbowałam z wieloma produkcjami i po latach znalazłam ideał – o nim za chwilę.

Ja wiem, że teraz na topie są seriale mroczne, te na styl skandynawskich kryminałów i uważam, że rodzimy „Belfer” czy tym bardziej „Diagnoza” dają radę. Po drugim sezonie „Diagnozy” uzmysłowiłam sobie, że obejrzałam ją niemal na jednym wydechu – scenarzyści naprawdę mieli pomysł na ten serial. Za dodatkowy plus uważam poruszenie kwestii prowadzenia biznesu przez koncerny farmaceutyczne; ostatnio rozmawiałam z osobą zawodowo związaną ze światem farmaceutycznym, która właśnie z niego odeszła, nie mogąc pogodzić swojej misji pomagania ludziom z tak innymi motywacjami koncernów farmaceutycznych, których – jak mówi – jedynym celem jest robienie dużych pieniędzy, nawet –  a zwłaszcza kosztem zdrowia i życia ludzi. I między innymi to zobaczymy w serialu „Diagnoza” ubrane w  zmyślny rozwój wydarzeń, wydawałoby się: przypadków.

 

Polskie seriale dają radę ? czytaj TUTAJ

 

W poszukiwaniu czegoś co mnie rozbawi, wprawi w świetny nastrój na przykład przy niedzieli wieczorem, trafiłam na kilka seriali; niektóre spełniły swe zadanie zatem do dziś ciepło i z pewną tęsknotą wspominam serial „Hart of Dixie” za to próba „Dziewczyn” była pomyłką; wpisany w kategorię komedie zniesmaczył mnie już na amen po niespełna drugim odcinku.
W międzyczasie, z miłości do Anglii trafiłam na dobrą produkcję „The Crown” – kto ma ochotę poznać życie królowej Elżbiety II ; tak wielu znanej głównie z jaskrawych garsonek i kaloszy, niech się zdecyduje. Jeśli komuś chociaż przez chwilę przeszło przez myśl, że fajnie byłoby należeć do angielskiej rodziny królewskiej, tym bardziej serial polecam.

 

Kolejna propozycja jest dla miłośników Jane Austen; Duma i uprzedzenie powraca w zupełnie nowej odsłonie! A raczej…zasłonie łazienkowej; gdyż to właśnie w łazience, miłośniczka Jane Austen, Amanda przenosi się z roku 2008 do świata swoich ukochanych bohaterów; zaczyna żyć zupełnie pełnometrażowym życiem pana Darcy, Elizabeth i całej ferajny. Mało tego! Ona ma wiedzę, której nie posiadają wytwory Jane Austen i nie zawaha się wpłynąć na losy bohaterów, cały czas dzielnie pomykając w dziewiętnastowiecznej kiecce. „Lost in Austen” – polecam.

 

Pomału zbliżam się do końca. To ja może od razu się usprawiedliwię: ja wiem, że są seriale, które biją rekordy popularności, a które nadzwyczajnie w świecie zignorowałam! Należeli do nich Przyjaciele jak i  Dr.House o Seksie w wielkim mieście nie wspominając. Moja ignorancja nie ominęła również House of Cards czy Orange is the new black.  Podświadomie unikam produkcji opatrzonej banderolą „Top 10”.  Ale jakże wielki błąd popełniłabym, przechodząc mimo  – „Big bang theory”!  Toż to serial na miarę mojego poczucia humoru! Przyznaję, długo nie decydowałam się na seans, bo już tytuł zniechęcał mnie skutecznie – uznałam go po prostu za kolejny chwyt marketingowy , który będzie niczym innym jak błazeńską historyjką o życiowych fajtłapach z Nowego Jorku, poza tym co może być ciekawego w świecie naukowców? Zwłaszcza miłośników Gwiezdnych wojen, z którymi mi nie po drodze? KLIK….


Naukowców takich jak ponoć genialny acz wrażliwy Leonard, ponoć genialny acz sprośny Howard, i bez wątpienia genialny Sheldon. Jest też Raj, który ma totalną blokadę w towarzystwie kobiet – nie jest w stanie wydusić z siebie słowa, zatem wszystko co chce powiedzieć jakiejś kobiecie, najpierw przekazuje na ucho któremuś ze swoich kolegów. Kobiet w świecie naukowców nie brakuje! Prócz tych na plakatach, są ich całe trzy: Penny (intelektualnie inteligentniejsza generacja Kelly ze „Świata według Bundych”) Bernadette – zaborcza, mylnie niewinna i urocza biolożka o polskich korzeniach i …Amy – która skradła me serce, po prostu kocham tę postać.

 

To, co w „Teorii wielkiego podrywu” lubię, to naszpikowanie stereotypami; wiemy jak wygląda typowy programista, freak komputerowy? No wiemy! Chodzi cały czas w tej samej, średnio dopasowanej koszuli lub bluzie z kapturem, w ogóle nie zwraca uwagi na wygląd, jego włosy nie widziały fryzjera od podstawówki, nie potrafi budować bliższych relacji z ludźmi a z kobietami – nawet dalszych. Dodatkowo w wersji amerykańskiej: w szkole nie jest popularny, nie jest zapraszany na imprezy, a randka z nim może być jedynie wynikiem zakładu. Tak właśnie przedstawieni są bohaterowie „Big bang theory”. Twórcy poszli o krok dalej – dodali specyfikę kulturową w swoim stereotypie! Howard jest niewierzącym acz praktykującym Żydem, a Raj wielkim miłośnikiem Bollywood i rozpuszczonym dzieckiem hinduskich bogaczy, pragnących dla niego dobrej, równie hinduskiej żony. Dochodzi również bohaterka w postaci matki Howarda, którą znamy jedynie z głosu i Stewart – bezemocjonalny freak, właściciel sklepu z komiksami. Pionierem całej historii wydaje  się być Sheldon; genialny naukowiec, pretendujący do każdej możliwej nagrody – powiedziałby sam o sobie. Postać Sheldona doczekała się nawet osobnego serialu pod tytułem „Młody Sheldon”.

 

No i to poczucie humoru…. Rewelacyjne, inteligentne, ale nie patetyczne. Oglądając ten serial, płaczę ze śmiechu właściwie na każdej scenie. I jestem pełna podziwu dla scenarzystów; można robić seriale komediowe, rozbawiające fabułą, sytuacjami – ale każdy z kilkunastu odcinków 11-sezonowego serialu ułożyć tak, by rozbawiać widza co chwilę? Tu się rodzi geniusz. Prawdopodobnie większy od Sheldona.

Scena z serialu „Big Bang Theory” od lewej: Howard, Raj, Leonard

Brytyjski żart pod słońcem Korfu – czy może być coś piękniejszego? To tło do serialu „Durrellowie” który pozostawił mnie z niesamowitym niedosytem jedynie 3 sezonów! Jest XX wiek, kilka lat przed wybuchem II wojny światowej; angielska wdowa Louise wraz z czwórką nastoletnich dzieci postanawia zupełnie zmienić swoje życie i przenosi się z Wielkiej Brytanii na grecką wyspę Korfu.

 

Tam każdy z nich mierzy się z codziennym życiem, które płynie w rytmie siga-siga (gr.pomału) ale ma mnóstwo kolorów, zapachów i smaku! Każde z dzieci jest inne, ma inne pragnienia, myślenie, hobby – i to dzięki hobby najmłodszego z nich, Geralda tak naprawdę oglądamy ten serial! Gerard odkrywa jak fascynujący jest świat przyrody; codziennie spędza godziny na wędrówkach i obserwacjach. I to on, wiele lat później zostanie sławnym zoologiem, propagatorem wiedzy przyrodniczej, a w końcu pisarzem licznych książek, między innymi o losach swojej rodziny, na podstawie których powstał serial…. Tak ciepły i pogodny niczym greckie słońce, pełen iście brytyjskiego, niebanalnego poczucia humoru.

Louisa:  Gerard, czemu siedzisz w domu na ośle?
Gerard: Bo wszystkie krzesła są zajęte!

Zajmijcie krzesła w swoich telewizorniach, bo dla podanych tu propozycji serialowych – warto!

Macie jakieś ulubione seriale, które chętnie polecicie na jesienne wieczory? Dlaczego akurat one? Co Waszym zdaniem robi „dobry serial” ?