Przemyślenia blondynki cz.7 – O skończonych końcach.

Znacie takie powiedzenie „Nic nie jest skończone dopóki się nie skończy” ? No to czasem się kończy. Tak naprawdę i ostatecznie. Tak do końca.
To o czymś nie – jeszcze – skończonym  to jedno z moich ulubionych powiedzeń. Zwłaszcza, że nauczyłam się widzieć różnicę i co więcej, akceptować ten stan rzeczy. Przemijalność.  Ale ilu ma z tym problem!

Mówię w domu, że finito, w jednej z firm nie będę już pracować bo zawieszają zajęcia językowe. „O jaaaa…. Tak niespodziewanie? Że też teraz?!” – ale „Co teraz” – mówię – Przecież wiadomo było, że to nie jest kontrakt do końca mojego życia! W roku 2017 czy 2020 – co to za różnica?

Skończył się pewien związek. To znaczy to był związek z opóźnionym zapłonem; on się musiał kiedyś kończyć. W odpowiedzi:  szok i niedowierzanie jednej ze stron (tej porzuconej). A ja mówię: Noooo to teraz jest przestrzeń na coś innego! Idą zmiany! Nic tylko wyciągnąć wnioski, być po nich jeszcze mądrzejszym i mądrzej zacząć kolejną rzecz .
Bo kiedy jak nie teraz?
Że rozstali się teraz a nie w 2026. Jakie to ma znaczenie? Czy w 2026 porzucona strona byłaby bardziej przygotowana niż teraz? Mniej zszokowana? Mniej zaangażowana? Nie. Równie dobrze mogła zostać porzucona już 3 lata temu – szok i niedowierzanie nie byłyby mniejsze. Nie byłyby mniejsze też stracone nadzieje.
Tego się boimy! Tak przylegamy czasem do swoich nadziei i budujemy wokół nich świat przedstawiony, jak gdyby z tą chwilą one musiały stać się prawdą, rzeczywistością, żywym organizmem. A nie są niczym więcej jak  zmienną.
Siostra mojej koleżanki, kiedy uczyła się chodzić samodzielnie, musiała trzymać zawsze w ręku zabawkę – to dawało jej poczucie bezpieczeństwa, stanowiło jej niewidzialną „poręcz” w razieupadku . Ale raz się na niej zawiodła i przewróciła. Co było? Szok i niedowierzanie – że jej „wypracowany grunt”, wyobrażenie mocy ją zawiodło. A przecież prawo fizyki jest bezwzględne ; tak bezwzględne, że raz nawet semestr z fizyki poprawiałam. Jakimś cudem odwlekłam moment prawdy, że z ocen 1,1,2  nie wychodzi mi czysty dop., tylko te oceny aż się proszą o pytanie przy tablicy, do którego rzecz jasna się w żaden sposób nie przygotowałam.

Rzeczy się kończą. I nigdy nie ma dobrego momentu, jeśli zależą one od drugiego człowieka czy też okoliczności zewnętrznych. Jeśli masz stracić pracę, to będąc psychicznie i materialnie na to nieprzygotowanym, nie staniesz się taki w przyszłym roku – gdy realnie ją stracisz.
Przygotowanym jest tylko ten, który podejmuje decyzję. W przypadku wspomnianej pary był to porzucający. Ale nie zawsze ma się ten przywilej decyzyjności. Czasem sprawy nas po prostu zaskakują. I trzeba zaakceptować prawo świata, w którym żyjemy czyli  panda rhei.
I dobrze, że płynie, że się zmienia – mamy szansę dzięki temu nierzadko porzucić marazm, w którym tkwimy i zacząć lub przyjąć coś naprawdę odżywczego, budującego, tak nowego, że można zabawić się w konstruktora.
Koniec  jest  zawsze  początkiem! Zgadzacie się?
 

  • Jak wyłazić ze stref komfortu powinno się uczyć już od pierwszej klasy, a nie jakieś tam dyrdymały o Ali i jej kocie! :)

    • Wraz z pierwszym dzwonkiem ludziska uczą się , że strefa komfortu się skończyła ;-D
      ps. a ja na serio o tym napisałam w tym poście??

  • Ostatnio czytałam, chyba „Piękne kłamstwa” Unger. Zapomniałam sobie zaznaczyć, ale było tam ładne zdanie, cos w stylu : niektóre rzeczy się kończą, te które się nie kończą, niszczą Cię. Musze to znaleźć, ale chodziło o to, że jeśli coś na siłę przeciągamy to zaczyna nas to niszczyć.

    No, a od Ciebie zabieram sobie „Przygotowanym jest tylko ten, który podejmuje decyzję.”. Choć, jak piszesz, nie zawsze jest tak fajnie. :)

    • Tak, czasem niepotrzebnie coś chcemy przeciągnąć, tym samym nie otwierając kolejnych drzwi – do nowego. Ja sobie zawsze myślę, że za tymi nieznanymi drzwiami czeka na mnie coś, co pomoże mi zbudować mojego wewn.człowieka, więc nie ma sensu kurczowo trzymać się klamki poprzednich :)
      Pozdrawiam ciepło :)

  • Iza

    Jest czas na zmiany, na nowe, na rozwój. Czasem planujemy, czasem jesteśmy postawieni w sytuacji że już nie możemy wytrzymać, a czasem to spada na nas jak grom z jasnego nieba i aż nie możemy złapać tchu z zaskoczenia.

    Ostatnia sytuacja jest ze wszech miar trudna i wymaga dużo wewnętrznej siły. Cokolwiek by to nie było: utrata pracy, ktoś bliski wyjeżdża, lub umiera, rozstanie z partnerem życiowym. To zawsze zostawia ranę, jest jak wypadek, z którego trzeba się pozbierać – a często wymaga długiej rekonwalescencji. O ile kontrakt w sprawie pracy, jeśli jest na czas nieoznaczony oznacza po prostu, że może się skończyć w każdej chwili (z jakimś okresem ochronnym), to wyobrażam sobie, że przy związku dwojga osób, szczególnie potwierdzonym przymierzem i obietnicą, że cię nie opuszczę – nie zakładamy tu zmian, chyba że śmierć nas rozłączy.

    Rozpad związku musi być jak potrącenie przez pędzącego tira. Po prostu masakra.

    Dbajcie o swoje związki…

    • Biorę pod uwagę „grom z jasnego nieba”. Na przykład śmierć kogoś bliskiego. To jest sytuacja, do której człowiek może się przygotować jeśli ma na to czas. I jeśli ostatnia nadzieja została pogrzebana. Mimo, że śmierć może być dopiero początkiem dla tego kogoś – ale to już temat na inny post.

      Utrata związku jeśli miał formę przymierza, tak to chyba można porównać do uderzenia przez tira (w ogóle świetne porównanie!). Miałam na myśli relację, która była skazana na porażkę, ale mogła się karmić nadzieją. Są takie relacje, gdy jedna strona mówi : „żadnych zobowiązań, mogę odejść w każdej chwili, nie rób sobie żadnych nadziei, na nic nie licz” .