Szkoła óczy – czyli o tym, jak szkoła zabija kreatywność.

Pisząc ten post mam przed oczyma demotywator przedstawiający dwa zdjęcia; pierwsze – roześmiane ,twórcze dzieci w wieku przedszkolnym, umazane od farb. Drugie – uczniowie szkoły średniej, siedzący w ławkach ze zwieszonymi nad książkami głowami; szarzy i bez entuzjazmu. A pod tym napis:

Co zrobiliście z naszymi dziećmi?

Czy kiedyś zastanawialiście się, dlaczego szkołę po prostu trzeba przeżyć? I dlaczego tak rzadko można liczyć na interesujące lekcje, rodem z filmu „Stowarzyszenie umarłych poetów”, gdzie każdy uczeń jest indywidualnością, każdego dnia czuje, że uczy się czegoś nowego i przydatnego, a nauczycielowi nie zależy na robieniu wyników w liczbach, ale rozbudzanie w młodych ludziach pasji i indywidualności, a on sam jest jedynie pomocą, a nie władcą klasy? Włączasz na przykład amerykański film, a tam projekty zamiast typowych zadań domowych, nauczyciele literatury pytają każdego o własne zdanie, nie narzucając tego, co poeta miał na myśli – wg systemu oczywiście, bo kto to może wiedzieć?
Niestety, nawet ta serialowa, amerykańska szkoła nie uciekła od tego, czym jest SYSTEM.

Zanim wyjaśnię, na czym polega system, wg którego szliśmy my i idą kolejne pokolenia, jeszcze na chwilę przytoczę Wam historię pewnej dziewczynki.
Były lata 30. Ubiegłego stulecia, a ona miała kilka lat, gdy matka przyszła z nią do lekarza, mówiąc: „Moja córka chyba nie nadąża za rówieśnikami w szkole. Obawiam się, że po prostu jest głupia”. Dziewczynka w szkole nie potrafiła się skoncentrować, stale się wierciła, przeszkadzała innym.
Lekarz obserwował dziewczynkę, po czym zaproponował matce, by na chwilę wyszli z gabinetu. Zanim to uczynili, zostawił włączone radio. Po chwili nieruchomo siedząca do tej pory dziewczynka zaczęła ruszać się w rytm muzyki.

„Ona nie jest głupia. Jest tancerką” – brzmiała diagnoza. – „Proszę ją zapisać do szkoły baletowej”.

Gillian Lynne miała mądrą matkę, która trafiła do mądrego lekarza. Dzięki tej dwójce stała się jedną z najlepszych tancerek i choreografek na świecie.  Stworzyła jedne z najsłynniejszych musicali w historii („Cats”, „Upiór w operze”, „Sen nocy letniej”, „My fair lady” itd.) i została multimilionerką.

Mnóstwo osób nie zostało poprawnie zdiagnozowanych, jedynie ocenionych jako niezbyt inteligentni, a nawet opóźnieni w rozwoju, tylko dlatego, że nie idą z edukacyjnym mainstream’em, który nie toleruje indywidualizmu.

Ja również. Pod koniec szkoły podstawowej, kiedy nauczyciele wystawiali opinie, do jakiej szkoły powinien iść dalej każdy z uczniów, mnie wychowawczyni napisała „szkoła zawodowa”. Wtedy to miało znaczenie negatywne. Tam szli tylko ci mało zdolni, którym nie było z edukacją po drodze.
Wiecie dlaczego tak mnie oceniono? Bo miałam same dwóje ze wszystkich przedmiotów ścisłych. Nikt nie wziął pod uwagę moich bardzo dobrych ocen z angielskiego i polskiego, ani tego, że sama, dzięki zacięciu i pasji,  nauczyłam się języka hiszpańskiego; wtedy już radziłam sobie całkiem nieźle. Dla nauczycieli; mdłych, zupełnie pozbawionych pasji nauczania, byłam wyrzutkiem nienadającym się do niczego większego.
Nie zniechęciło mnie to. Nauczyłam się jeszcze 3 innych języków – również  z pasji i studiowałam 3 filologie. Obecnie wykonuję pracę, o której marzyłam leżąc wieczorami w łóżku z zamkniętymi oczami i tak jak niejeden z Was wyobraża sobie , że strzela decydującą  bramkę na mistrzostwach, wita do każdego portu na Ziemi, bo wybrał się w podróż dookoła świata, albo zamienia się w ptaka i szybuje po niebie… czyli było to dla mnie coś niemożliwego, strefa marzeń i nic więcej.

Czego nie toleruje system

W systemie –jakimkolwiek, nie ma miejsca na indywidua. Bo system idzie według ustalonego nurtu i ma określone cele. W nich nie ma miejsca na kreatywność, bo to oznacza utratę kontroli nad myślącą samodzielnie jednostką. To z kolei zagraża największemu światowemu dobru: przemysłowi.
To industrializm i ekonomia narzucił system edukacyjny w formie, w jakiej go znamy. I to na całym świecie.
Dlatego edukacją rządzi hierarchia.
Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego przedmioty ścisłe tudzież języki obce są ważniejsze niż na przykład plastyka czy wychowanie fizyczne? I czemu rodzice nie pałają aż takim entuzjazmem, gdy mówisz „Dostałem piątkę z plastyki?”. Dlaczego dzieci nie uczą się tak samo dużo tańca, czy rysunku, co matematyki?

Bo te przedmioty nie są przydatne przyszłemu pracownikowi  przemysłowemu.
Nawet inteligencja jest liczona w oparciu o system akademicki; jesteś inteligentny gdy jesteś dobry z przedmiotów ścisłych i osiągasz coraz wyższe stopnie naukowe. Tymczasem, dyplomy znaczą coraz mniej; jest coraz więcej ludzi na świecie w ogóle i coraz więcej ludzi ze stopniami naukowymi. Na pewno widzisz to po swoim otoczeniu – co dziś znaczy być magistrem? Tam, gdzie kiedyś wystarczył ten tytuł, dziś potrzeba doktora.
Działamy wg systemu, który mówi, że najgorszym co możesz zrobić podczas swojego kształcenia to popełnić błąd. Zatem, w dorosłym życiu człowiek w ten sposób prowadzony, boi się błędów, boi się porażek. Tymczasem kreatywność je uwielbia, bo w ten sposób się rozwija!

Zatrzymajmy się na kreatywności, bo to coś wspaniałego! I wiecie co? Do kreatywności nie dorastamy. My z niej wyrastamy!

Ken Robinson, świetny lider w dziedzinie rozwoju kreatywności, pisarz i doradca określa kreatywność jako proces tworzenia nowych, wartościowych pomysłów, które powstają dzięki interakcji różnych dziedzin.
Kreatywność nie zna granic, nie ogranicza się do żadnej dziedziny nauki, traktuje wszystkich uzdolnionych po równo. Zostałeś obdarowany przez Boga talentem do tańca i cieszy cię to? Wykorzystaj to i baw się dobrze! Podobnie gdy uwielbiasz gry planszowe, łamigłówki, quizy, jazdę na hulajnodze, botanikę czy szycie krzyżykowe.

Gillian Lynne przestała mieć problemy z nauką, gdy zaczęła się…ruszać. Ruch był potrzebny, żeby mogła pobudzić swoją kreatywność.
Dzieci uczy się ruszać, ale tylko głową. Reszta ma siedzieć nieruchomo i słuchać poleceń. W dodatku siedzieć w rzędach, na których szczycie jest przywódca – nauczyciel. I siedzieć we dwójkę, by nikt nie sądził, że potrafi samodzielnie wymyślić coś, co ma znaczenie i sens.

Obecny system edukacji twierdzi, że idzie śladem Celestyna Freineta – oglądałam film o jego metodach edukacji. I stwierdzenie, że edukacja jest oparta na jego metodzie, to jak stwierdzić, że badania okresowe pracowników są na wzór tych dla kosmonautów.
Freinet zabierał dzieci poza mury szkoły, by je czegoś nauczyć i nie uważał, by podręcznik był do czegoś potrzebny. Skupiał się za to na swobodzie i działaniach twórczych dziecka. Ciekawostka; to Freinet wymyślił tak pomocne w nauce  fiszki. A w dzisiejszej szkole po Freinecie pozostało tylko jedno: gazetka szkolna, której również był pomysłodawcą.
Żeński odpowiednik Freineta to Maria Montessori, której kilka szkół mamy w Polsce. Szkoda, że nie są ogólnodostępne, bo bardzo drogie. Jestem za to ich wielką fanką.

Artyści po prostu się zdarzają

Obecny system edukacji tak wyeksploatował nasze mózgi , żeby służyły nie nam, ale zdobywaniu określonych surowców, dla określonych celów innych ludzi – zwykle pracodawców, przemysłowców, ekonomistów.
Jeśli zdarzy się osoba uzdolniona muzycznie, mówi się, że : Wow, tacy się od czasu do czasu zdarzają!

Dziś jestem nauczycielem,kocham moją pracę i codziennie dziękuję za nią Jah. I ubolewam nad systemem, którego sama padłam ofiarą. Rozmawiając z ludźmi w różnym wieku, różnej sytuacji życiowej, widzę w każdym chodzącego, ale najczęściej uśpionego  artystę – od różnych rzeczy; idealnie stworzonego człowieka, by budował ten świat ku dobremu, by działał z innymi, uzdolnionymi i pełnymi pasji ludźmi. Nikt z nas nie został stworzony, by uczyć się w takt czyichś wytycznych i tylko do pewnego momentu, a potem całą naszą energię i piękno zamienić na wyrabianie PKB.
Odarto nas z naszego przeznaczenia. Odnajdźmy je!

Uczmy siebie i następne pokolenia tworzyć coś dla świata, a nie tylko go eksploatować !

system edukacji,MEN,kreatywność