Blondynka wychodzi za mąż + BONUS

Kto mnie trochę zna, ten wie jakie jest moje nastawienie do zawierania małżeństwa. To znaczy: zawieranie małżeństwa to jedno, a cała reszta, która temu towarzyszy, to drugie, i do tej ‘całej reszty’ miałam od lat to samo nastawienie: żadnych dziwactw! Ma być w miarę racjonalnie i skromnie; ślub w plenerze, na bosaka, na polanie do której dobijemy drewnianą gondolą oświetloną lampionami, płynąc pod wiekowymi, płaczącymi wierzbami.

Żadnego wesela, jedynie toast z najbliższymi, pod gwiazdami. Wszystko ma być  na zielono i brązowo – mój ulubiony symbol jedności z przyrodą.

A tymczasem….

Męża mam niezwykle zgodnego. Dobra: było mu absolutnie wszystko jedno, jeśli chodzi o detale. Właśnie, próbując sobie przypomnieć tę zamierzchłą przeszłość sprzed 5 lat,  zapytałam go:
– Ale czego ty właściwie chciałeś?
– Mieć to z głowy – odparł.

Czyli mój minimalistyczny plan i tak by go uszczęśliwił.  Kolejna sprawa: przekonać urzędnika, żeby dał nam ślub poza urzędem i o zmroku. Niestety, taka opcja weszła w życie dopiero w zeszłym roku. Więc nic: pozostał nam urząd.
Wesele. Ja nie chciałam wesela, a mój mąż chciał ‘imprezę’ – co zaznacza różnicą. Tylko jak tu zrobić ‘imprezę’ pod koronami drzew, w polskich warunkach pogodowych? Nasz plan zaczął oddalać się na marnie zmontowanej tratwie….

Na szczęście wspólnie, ustaliliśmy kilka priorytetów, co do których byliśmy zgodni:
– żadnych zabaw weselnych,
– żadnej muzyki disco polo,
– żadnej dużej ilości gości w stylu „piąta woda po kisielu” ani nikogo, z kim nie utrzymujemy kontaktu,
– żadnego „pingwiniego” stroju (biała suknia, czarny garnitur)
– żadnego sztywniactwa!

Plan był prosty:  legalizujemy związek i żyjemy dalej!

A teraz opowiem, jak poszło:

Zaręczyliśmy się w kwietniu, co dla nas było równoznaczne z powiedzeniem sobie TAK na całe życie. Następnie poinformowaliśmy rodzinę, że we wrześniu chcemy zalegalizować związek w urzędzie i będzie nam miło, jeśli będą nam towarzyszyć.
Gdy wszyscy dowiedzieli się o naszej decyzji; rodzina i przyjaciele, zaczęto snuć plany i marzenia dotyczące wspólnej imprezy. Ponieważ nasz związek budził wiele emocji wśród bliskich nam osób, te właśnie osoby zaczęły żyć naszym weselem, na którym wszyscy się spotkają po czym nie będą mogli się sobą nacieszyć do białego rana raz po raz wznosząc toast za nasze zdrowie i powodzenie w małżeńskim stadle.

Mieliśmy teraz na głowie zorganizowanie owej ‘imprezy’ żeby ci wszyscy ludzie mogli się ze sobą i nami spotkać w jednym czasie i miejscu. Poszło nad wyraz gładko! Całość, od zarezerwowania terminu w urzędzie po wynajęcie sali, ustalenie menu i kupienie strojów, zajęła nam w sumie 2 tygodnie.
Po weselu koleżanki kilka miesięcy wcześniej wiedziałam już, że winietki to coś absolutnie potrzebnego.  Zrobiłam je sama, każdą wetknąwszy w kuleczkę Ferrero Rocher. Jak na osobę tak kreatywną i dominującą  jak ja, tyle było z mojej inwencji.
Szybko wybraliśmy menu, wystrój sali nad którym przyszłe panny młode potrafią rozwodzić się godzinami, był mi zupełnie obojętny – i tak żaden nie spełniałby moich oczekiwań.
Muzyka musi być. Grecka – w moim wyobrażeniu. Przez lata miałam w planie sama obsługiwać sprzęt grający, co wybił mi z głowy mąż: panna młoda miksująca muzykę?!
Zatem: spotkanie z DJ-em. Biedny, wiedziony zapewne wcześniejszymi doświadczeniami, zaczął zadawać szczegółowe pytania dotyczące pierwszego tańca i zabaw weselnych; kiedy przy haśle „zabawy weselne” przyjęliśmy postawę obronną, DJ odetchnął z ulgą tłumacząc, że sam tego nienawidzi. Pierwszy taniec? „A niech pan wybierze, co pan chce! I tak nie umiemy tańczyć” – ale, ale! Żeby tak gładko to nie wyglądało!….mieliśmy PLAN; zatańczymy oryginalny taniec syrtaki (zwany potocznie ‘zorbą’) czyli naprawdę profesjonalnie. Niestety układ okazał się znacznie bardziej skomplikowany, niż przebieranie nogami na akord i w dodatku zabraliśmy się do tego 2 dni przed imprezą. Polegliśmy. Kiedy nadszedł czas, odfajkowaliśmy jakąś piosenkę, którą puścił DJ, depcząc się po palcach. Moja wizja dominującej, greckiej muzyki wzięła w łeb – Polacy, którzy wśród naszych gości weselnych było całe 100%, nie poczuli bluesa, trzeba było albo zmienić nutę, albo ogłosić koniec imprezy.

Strój weselny.  Dla mnie najważniejszym strojem jest makijaż – reszta aż tak się nie liczy. Co nie oznacza, że pozostawiam sprawy przypadkowi! Obeszłam co najmniej dwa secondhandy zanim wybrałam coś dla siebie; a że była to okazja wyjątkowa, nie skąpiłam pieniędzy i tak na moich biodrach wylądowała czarna spódnica w stylu cygańskiej tancerki flamenco za całe 25 zł.
Bluzka. Wymyśliłam sobie gorset, ale wiecie: gorset nie na każdym dobrze wygląda i gdy przymierzyłam ten, który kupiłam, stwierdziłam żałośnie, że wyglądam jak wyciągnięta  >na numerek<  za denara, z portowej, średniowiecznej knajpy, dziewka. Konieczne było coś pod biało-czarny gorset. I z pomocą przyszła rodzona matka, która za punkt honoru wzięła uszycie mi weselnej bluzki. Od początku byłam w 100% sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, ale chcąc, by moja mama miała chociaż minimalny udział w przygotowaniach, zgodziłam się na wizytę u krawcowej. Pomierzyła mnie, wybrała materiał (biały, śliski) a ja już na tym etapie zdecydowałam, że pora na plan B. Kupiłam sobie bluzkę, która czekała na efekt pracy krawcowej. Nie zawiodłam się – chciałoby się gorzko zaszlochać. Ale osobą, która szlochała w ten dzień, była moja rodzicielka;
prasując mi tę bluzkę (nie wiedziała o moim planie B) przytrzymała żelazko chwilę za długo i na rękawie zrobiły się 2 wypaliny. Inwencja mojej mother nie zna granic – naszyła mi 2 kolorowe koraliki i uznała, że >tak mogę iść<. Ja z kolei założyłam mój plan B i …. tak poszłam.
Buty. Wybór był prosty; każdy obcas u mnie odpada – nie mam pojęcia jak kobiety mogą chodzić na takich szczudłach, nie łamiąc przy tym co chwila nóg. Kupiłam sobie eleganckie, czarne balerinki za 80 zł i sprawa z obuwiem została załatwiona.
Fryzura. Nie chciałam żadnego koka, żadnych filuternie upiętych loczków, w których musiałabym udawać  niewiniątko. Moja teściowa zaprosiła dla siebie fryzjerkę, ustaliłam z nią że uczesze i mnie. Czesząc mnie, od czasu do czasu poszarpywała mi włosy, rozmawiając głównie z moją teściową, a mnie traktując jak zabłąkaną druhnę. W porzo. Przecież nie chodziło mi o nie wiadomo co na głowie, a tylko o utrwalenie prostych włosów. Gdy po uczesaniu mnie oznajmiła  „No to teraz pora na pannę młodą” a ja jej oświadczyłam, że ma mnie już z głowy, wydała z siebie przeraźliwy jęk.

Bukiet. Czemu służy dzierżenie bukietu kwiatów podczas oficjalnej ceremonii? Nie rozumiem, ale wiem, że to nie dla mnie; gubię wszystko, co noszę w rękach; z tego powodu nie noszę torebek, parasoli i reklamówek. I bukietów.

Pojazd. Miałam plan, że fajnie w sumie byłoby pojechać własnym autem. Bo czemu nie?! Ale mało komu taki pomysł mieści się w głowie, zupełnie nie wiadomo dlaczego, zabraliśmy się więc z kolegą, który był naszym świadkiem. Spóźnił się co prawda, była jakaś tam awaria…. Co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój pierwotny pomysł był całkiem okej.

Zaproszenia.  Ten wybór (poczciwe Allegro) zajął nam jakieś 4 minuty. Oryginalne kartki dotarły pocztą, a my dołączyliśmy dla gości dodatkowy tekst, mówiący m.in.o tym, że:
– nie chcemy kwiatów, zamiast tego kupon Lotto (wygraną rzecz jasna planowaliśmy się podzielić z gościem)

– nie chcemy prezentów, tylko gotówkę bo zbieramy na nowy samochód i kilka innych rzeczy

– chcemy, by każdy z gości ubrał się DOKŁADNIE TAK, JAK CHCE. Żeby czuł się swobodnie, dobrze, bo to jest impreza. Że można przyjść w dresie, albo piżamie. I żeby każdy był sobą.

Wielki dzień

Nie spodziewałam się, że pani urzędnik w Urzędzie Stanu Cywilnego poprowadzi ceremonię w sposób tak ciepły i ujmujący. Całość  trwała około 7 minut, a ja nie zanotowałam momentu, kiedy zgodziłam się na te wszystkie obostrzenia dotyczące wejścia w związek małżeński.

Największe rozczarowanie przeżyłam na weselu. Otóż strasznie Was, Czytelników czekających na ten moment rozczaruję, ale nie pamiętam NIC. Nie pamiętam co, kiedy i czy w ogóle jadłam. Nie pamiętam, gdzie to siedział, jak kto wyglądał, co kto do mnie mówił. Nie pamiętam żadnego tańca w swoim wykonaniu, żadnej rozmowy z gośćmi.
Miałam wielkie plany; moje przemówienia, słowa zachęty, zrobienie atmosfery przyjaznej gościom…. Kiedy przyszło co do czego, zostałam jak ten Kopciuszek z rozdziawionymi ustami nie mogąc uwierzyć, że to wszystko z powodu mojej skromnej osoby.
Latami wyobrażałam sobie wielkie wyjścia do publiczności i śmiałe przemówienia – jako przodująca w kraju pisarka.
W obliczu czegoś tak zwyczajnego jak zamążpójście, straciłam głos i pozostałe cztery zmysły, pragnąc tylko jednego:  wejść pod stół i pozostać tam do wyjazdu na miesiąc miodowy.

Ale o tym…. W następnym odcinku : – ) W następnym odcinku także o niebanalnych pomysłach na ślub, które – mam nadzieję – zastępować będą te banalne.
Na temat ślubów niesztampowych poczytacie tu:  Wesele w stylu kiwi
Jak wziąć ślub i nie zwariować
Oraz na podsumowanie, czyli wesele po fakcie.- wspomniany BONUS :)
Uwaga! Nasi goście przemówili! Oto co powiedzieli:

para małżeńska,blondynka wychodzi za mąż,para młoda

Podobało mi się jak dałaś snikersa Szymonowi bo w całym zamieszaniu pamiętałaś o jego upodobaniach. Twój strój mi się podobał i cala ty . Twoje stwierdzenie że Bóg jest wszędzie i odstąpienie od religijnego charakteru   (B.)

 

Co mi się podobało – luźna konwencja, zachęta do dowolnego ubioru (z której w zasadzie nikt nie skorzystał, łącznie ze mną, ale może przy następnej okazji w końcu się wyłamię ze stereotypu Emotikon smile );
DJ zamiast Disco Polowej wszystko na keyboardzie grającej wesołej wiejskiej kapeli; brak dziwnej tresci oczepinowych zabaw.
2) Co mnie zaskoczyło – j.w. to, co mi się podobało, zaskoczyło mnie – pozytywnie.
3) ogólne wrażenie – bardzo pozytywne, fajna atmosfera, sympatycznie, dobrze wspominam. Zastrzeżeń brak (J.)

 

Wesele mi się podobało.Wszyscy byli bardzo mili,panowała luźna atmosfera.Każdy ubrał się tak jak było mu wygodnie:)  (A.)

 

Z ręką na serduchu taką imprezę chciałbym jeszcze raz przeżyć. I mówię to, bo tak myślę, a nie dlatego, że chciałbym się podlizać .

Szczerze powiem, że ogólny luz i normalne podejście do tematu. Brak było sztuczności i tej, czasami pojawiającej się w czasie takich uroczystości, bańki nadmuchanych emocji, którą chciałoby się najchętniej przebić aby zrobić miejsce dla czystego powietrza. (T.)
Co mnie zaskoczyło? To, że  Panna Młoda est wytrwała, potrafi zakryć uśmiechem frustrację i zrobić to w tak subtelny że nikt się nie zorientuje. Nawet najcięższe próby wykręcania rąk i palców (podczas tańca)  nie zdradziły żadnych emocji. Jak psychicznie jesteś tak twarda to mój szacunek.(T.)

 

 

 

 

 

 

 

  • B.

    Ja tam byłam. Byłam na wielu slubach i weselach ale to wydarzenie pamiętam ( nie wiem czemu) z drobnymi szczegółami :) Twój makijaż – przepiękny, urokliwy, okrzyk i oklaski pani urzędnik po zawarciu przez Was małżeństwa, ciepła i sympatyczna swiadkowa, trony dla króla przy wejściu na salę, szalencze tańce… Pamiętam również panieński ale nie będę opisywać ;)

    • To przynajmniej ktoś coś pamięta :-D Ale pamiętam, że byłaś!! :-) Ja za to dość dobrze pamiętam Twój ślub (zwłaszcza) i wesele- dla mnie to z kolei był najlepszy ślub ever.

  • Lubię przygody blondynki. Sama mam podobne, również podejście do ślubu :)

    • Iwona

      Cieszę się, że nie jestem > z tym< sama :-D Myślałam, że wywrotowców jest na świecie więcej, a okazuje się, że owszem, ale nie jak przychodzi co do czego. Witam w Klubie Wywrotowców :)

  • Dobrze, że to przeczytałam, bo cały czas biłam się z myślami czy czerwona kiecka na ślub to jest dobry pomysł :-) Dawno temu jednak wymyśliłam sobie, że chce wziąć w czerwonej i to nie takiej eleganckiej, balowej, a takiej, która spokojnie będzie mi potem (lub przedtem również) służyć na naszych salsowych imprezach :-) Tylko muszę jeszcze taką wymarzoną znaleźć, a potem (lub przedtem) się zaręczyć ;-)

    • Iwona

      Ostatnio znajoma para brała ślub i ona była właśnie w czerwonej (chyba nawet czerwono-czarnej) sukni. Wyglądała jak średniowieczna panna młoda! Wesele ostatecznie też mieli w tym stylu. Coś świetnego!

  • Ależ to musiało być fantastyczne wesele!

  • A ja chciałabym jedynie kameralnej uroczystości w jakimś pięknym miejscu, z najbliższymi mi osobami, bez wódki i disco-polo. I zamiast hucznego wesela za pieniądze, które bym na nie wydała pojechać w daleką podróż życia :)

    • Iwona

      Taaaa ja też chciałam kameralnej uroczystości :-D W sumie wesela typowego nie mieliśmy. To była impreza.
      Z tymi pieniędzmi na podróż GDZIEŚ…. napiszę wkrótce. Dobrze, że mi przypomniałaś.

  • Najważniejsze, aby młodzi chcieli tego samego:)
    Ja ze swojego ślubu najbardziej pamiętam jak już wszyscy sobie poszli, a my z żoną siedzieliśmy sami na sali. Wtedy poczułem się naprawdę szczęśliwy:)

    • Iwona

      Ja na pewno też :-D Nasi goście twierdzą, że bawili się świetnie – i o to chodziło. Mnie aż takich atrakcji nie potrzeba – na to, co naprawdę fajne przyszedł czas później i trwa :)

  • vanja

    Mnie się marzy ślub w Pradze i małe przyjęcie dla najbliższych-nie chcę wesela.