Jakże porządni i przyzwoici wydajemy się samym sobie, dopóki nie mamy okazji ani powodu, żeby się zachować nieprzyzwoicie! Potrzeba dopiero miłości, żebyśmy mogli czegoś się dowiedzieć o sobie samych.
(„Stoner” – John Williams)
William Stoner nie jest człowiekiem, o którym zwykle pisze się powieści. Nie zmienia świata. Nie dokonuje niczego spektakularnego. Nie jest nawet szczególnie szczęśliwy. Dorasta na biednej farmie w Missouri, trafia na uniwersytet, zostaje wykładowcą literatury, zakochuje się, pracuje, starzeje się. Po drodze kilka razy kocha, kilka razy przegrywa, z kilku rzeczy rezygnuje. Wiele spraw pozwala sobie odebrać. I nigdy nie stawia sobie żadnych egzystencjalnych pytań. W przeciwieństwie do mnie, zwłaszcza po lekturze „Stonera”.
Czy można przeżyć zwyczajne życie i jednocześnie przeżyć je całkowicie?
Już dawno żadna książka nie zostawiła mnie z tak silnym poczuciem, że właśnie przeczytałam historię całego ludzkiego życia. A może unikałam takich powieści? Niby o niczym.
Może wielu z nas unika takich historii? Powód jest prosty: większość naszych życiorysów też nie przypomina opowieści o bohaterach. Składają się raczej z decyzji, których znaczenie rozumiemy dopiero po latach, z przypadków, które zmieniają kierunek drogi, z ludzi, których spotkaliśmy albo z którymi się minęliśmy. Z rzeczy, których chcieliśmy, dopóki ich nie dostaliśmy. I z tych, które przyszły do nas niespodziewanie, a my nie mieliśmy odwagi ich zatrzymać.
O Stonerze można byłoby powiedzieć, że prowadzi życie niespełnione. Tylko czy rzeczywiście?
„Pragnął wyjątkowego małżeństwa, w którym zrealizuje swoją pasję, a gdy je zawarł, nie wiedział, co z nim począć, i się rozpadło. Chciał miłości, ale kiedy przyszła, się jej wyrzekł, pozwalając, żeby pozostała w sferze niespełnionych możliwości.”
I być może właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa opowieść o Williamie Stonerze.
Stoner dorasta w świecie prostym, surowym i właściwie z góry dla niego zaplanowanym. Jego rodzice pracują na roli, więc i on pracuje na roli. Ziemia nie jest tu romantycznym powrotem do natury. Jest ciężarem, obowiązkiem i rytmem wyznaczającym kolejne dni. Kiedy William wyjeżdża na uniwersytet, nie robi tego z marzeniem o wielkim świecie. Ma zdobyć wiedzę, która pozwoli mu lepiej prowadzić rodzinne gospodarstwo.
I wtedy wydarza się coś, co z zewnątrz wygląda niemal banalnie. Na zajęciach z literatury Stoner spotyka twórczość Szekspira. Nie ma objawienia, huku ani gwałtownej przemiany. Williams nie robi z tej chwili sceny, po której bohater nagle „wie, kim jest”. Stoner właściwie nie potrafi jeszcze nazwać tego, co się z nim dzieje. Wie tylko, że zetknął się z czymś, czego wcześniej w jego świecie nie było.
I już nie wróci na farmę.
Stoner zostaje więc na uniwersytecie. Literatura, która miała być tylko jednym z przedmiotów, staje się jego światem, a uniwersytet miejscem, z którym zwiąże właściwie całe dorosłe życie.
Tyle że odnaleźć swoje miejsce w świecie to jeszcze nie to samo, co nauczyć się w nim żyć.
Stoner zostaje nauczycielem akademickim. Nie robi wielkiej kariery, nie staje się wybitnym uczonym, którego nazwisko przetrwa kolejne pokolenia. Po prostu uczy. Czyta. Przygotowuje zajęcia. Przez dziesięciolecia przemierza te same uniwersyteckie korytarze. Z zewnątrz jego życie zaczyna przybierać kształt jednego z tych życiorysów, które można streścić w kilku zdaniach i właściwie niczego przy tym nie skłamać — a jednak nie powiedzieć o człowieku prawie nic.
Bo poza uniwersytetem Stoner próbuje zbudować sobie życie, które, jak sądzi, powinien mieć.
Żeni się z Edith. I właściwie od początku trudno mówić tutaj o historii miłosnej. Jest raczej wyobrażenie małżeństwa, pragnienie bliskości i dwoje ludzi, którzy niemal od pierwszych chwil nie potrafią do siebie dotrzeć. To, co miało stać się początkiem wspólnego życia, szybko zaczyna przypominać coś, co trzeba po prostu przeżyć.
Williams opisuje to jednym z tych zdań, które brzmią niemal beznamiętnie, a jednak mieszczą w sobie całą tragedię:
„Z żalem, który stał się niemal bezosobowy, obserwował smutny rytuał zawarcia małżeństwa.”
I właśnie ta bezradność wobec własnego życia będzie wracała u Stonera wielokrotnie.
Nie jest człowiekiem pozbawionym uczuć. Przeciwnie — być może czuje więcej, niż potrafi wypowiedzieć. Nie jest też zupełnie bierny: w sprawach, które uważa za naprawdę ważne, potrafi być zaskakująco uparty. A jednak w życiu osobistym zadziwiająco często pozwala, żeby rzeczy po prostu mu się przydarzały. Jakby łatwiej było mu znieść nieszczęście, niż wykonać ruch, który mógłby naruszyć ustalony porządek.
„Teraz, już jako dojrzały mężczyzna, dowiadywał się, że miłość nie jest ani stanem łaski, ani iluzją. Postrzegał ją jako ludzki akt stawania się; zrozumiał, że miłość jest stanem nieustannie odkrywanym i ciągle zmienianym, dzień po dniu, przez wolę, inteligencję oraz serce.”
Pewnego dnia w jego poukładanym, przewidywalnym, dojrzałym życiu pojawia się kobieta. Inna niż Edith. I to przy niej Stoner po raz pierwszy doświadcza miłości. Z Edith miał jedynie wyobrażenie miłości.
Miłość. Williams nie przedstawia jej jako nagrody za wszystkie wcześniejsze rozczarowania ani jako romantycznego olśnienia, które nagle naprawia życie bohatera.
Z Kathryn Stoner doświadcza bliskości, której nie znał w małżeństwie. Rozmowy, wspólnego świata, intelektualnego porozumienia, ale też zwyczajnej codzienności we dwoje. I może właśnie dlatego ta relacja jest w powieści tak przejmująca: przez krótką chwilę widzimy Stonera nie takim, jakim uczyniły go obowiązek, przyzwyczajenie i kolejne kompromisy, ale takim, jakim mógłby być.
„Obydwoje mieli wrażenie, że od spraw i dążeń całej reszty ludzkości dzieli ich wielka przepaść.”
Tyle że Williams nie pisze baśni o drugiej szansie. Stoner dostaje miłość. Rozpoznaje ją. Wie już, czym jest.
A potem…? Dowiecie się sami decydując się na lekturę.
Ile niewykorzystanych możliwości może pomieścić szczęśliwe życie?
Czytając o losach Stonera wielokrotnie miałam ochotę nim potrząsnąć. Miejscami złościła mnie jego bierność, jego zgoda na utratę, to przedziwne wycofywanie się właśnie wtedy, kiedy wydawało się, że wreszcie znalazł coś naprawdę własnego. Ale im dłużej o nim myślałam, tym mniej miałam ochotę go osądzać.
Bo ile naszych własnych decyzji naprawdę wynika z odwagi i świadomości, a ile z przyzwyczajenia, lęku, poczucia obowiązku albo zwyczajnego przekonania, że „tak już jest”?
Ile razy człowiek pozostaje w jakimś miejscu nie dlatego, że je wybrał, ale dlatego, że nigdy właściwie nie podjął decyzji, żeby z niego odejść?
„W dziwny sposób obdarzał miłością każdą chwilę swojego życia, emanując nią chyba najpełniej, kiedy robił to nieświadomie.”
Książka napisana pięknie – nie, nie poetycko. Po prostu adekwatnie, bez jednego zbędnego słowa. Językiem dokładnie na miarę tego życia. Williams nie próbuje wmówić czytelnikowi, że życie bohatera jest niezwykłe. Jest to jednocześnie książka, po przeczytaniu której trudno powiedzieć, że to było „tylko tyle”.
Co ciekawe – akcja obejmuje niemal całe dorosłe życie bohatera: od początku XX wieku aż po lata 50.
Po drodze przez świat przetaczają się dwie wojny światowe, Wielki Kryzys i ogromne przemiany społeczne. Williams nie robi jednak z historii głównej bohaterki swojej powieści. Wielkie wydarzenia docierają do Stonera gdzieś z zewnątrz, czasem zabierają ludzi z jego otoczenia, czasem zmieniają uniwersytet, ale centrum pozostaje niezmiennie jedno zwyczajne ludzkie życie.
Powieść ukazała się po raz pierwszy w 1965 roku i początkowo przeszła właściwie bez większego echa. Drugie życie dostała dopiero wiele lat później, kiedy zaczęli odkrywać ją kolejni czytelnicy i krytycy. Dziś trudno uwierzyć, że książka, która dla tak wielu osób stała się jednym z tych literackich odkryć „na całe życie”, przez dziesięciolecia pozostawała niemal zapomniana.
Nie ma tu spektakularnej fabuły ani szczególnie efektownych zwrotów akcji. Są uniwersyteckie korytarze, zajęcia ze studentami, małżeństwo, dziecko, przyjaźnie, konflikty, miłość, choroba, starzenie się. Rzeczy, z których składa się życie. Życie, które najpewniej dotyczy większości z nas i przed którym stale uciekamy w świat baśni, niezwykłych, fikcyjnych zwrotów akcji. A ja ponawiam pytanie – niech każdy szuka na nie odpowiedzi w sobie: Czy życie w ogóle musi być niezwykłe, żeby było warte przeżycia?
„Czasem wszak czekamy na początek podróży, w którą niespecjalnie chcemy się udać. Jak każdy podróżnik czuł, że powinien zrobić wiele rzeczy przed wyjazdem, nie umiał jednak tych rzeczy nazwać.”

