Od pewnego czasu, jako lektorka, mam dość przewrotne wrażenie: mamy dziś więcej możliwości uczenia się języków niż kiedykolwiek wcześniej, a jednocześnie wielu osobom przychodzi to coraz trudniej.
Są niezliczone aplikacje, podcasty, platformy, interaktywne podręczniki, filmy z napisami, fiszki w telefonie, lekcje online, sztuczną inteligencję, lektorzy wyskakujący z ekranu z coraz to trikami na naukę i właściwie mamy nieograniczony dostęp do żywego języka. To, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu wymagało zdobycia zagranicznej gazety, kasety albo kontaktu z native speakerem, dziś mamy w kieszeni. Teoretycznie powinniśmy więc uczyć się szybciej i skuteczniej. A wcale tak nie jest. Mam kilka przemyśleń.
Dorosłym kursantom od lat sprzedaje się bardzo kuszącą wizję nauki języka: ma być łatwo, szybko i przyjemnie. Najlepiej bez gramatyki, bez uczenia się słówek, bez powtarzania, bez „wkuwania”, bez stresu i właściwie bez większego wysiłku. Rozmawiaj, baw się, oglądaj seriale, korzystaj z aplikacji, a język niemal sam wejdzie do głowy. Tylko że… nie wchodzi. A to rodzi irytację.
Oczywiście nie tęsknię za szkołą, w której uczeń przepisywał trzy strony odmiany czasowników, a potem bał się otworzyć usta w obcym języku. Nie sądzę też, że cierpienie jest warunkiem skutecznej nauki. Ale chyba w pewnym momencie pomyliliśmy naukę przyjazną człowiekowi z nauką niewymagającą od człowieka wysiłku.
Język jest umiejętnością. A każda umiejętność wymaga powtórzeń, pamięci, koncentracji, popełniania błędów, wracania do tego samego materiału i — czasami — zwyczajnie nauczenia się czegoś na pamięć. Nie wszystko da się zamienić w grę, zabawę czy pięciominutową aplikację do kawy.
I dlatego coraz częściej zastanawiam się, czy w naszej słusznej ucieczce od starej, skostniałej szkoły nie wyrzuciliśmy przypadkiem razem z nią kilku rzeczy, które były mało efektowne, ale piekielnie skuteczne?
Przyjrzyjmy się im.
Dawna szkoła wymagała znacznie więcej pamięci
Dzisiaj „wkuwanie” ma fatalną prasę. Właściwie wystarczy powiedzieć, że uczeń powinien nauczyć się czegoś na pamięć, żeby zabrzmiało to jak pedagogiczny relikt poprzedniej epoki. Tymczasem prawda jest dość brutalna: bez pewnej ilości materiału zapisanego w pamięci nie da się swobodnie mówić w żadnym języku.
Dawniej uczeń musiał uczyć się słówek, odmian, reguł, całych zwrotów i dialogów, czasem tekstów czy fragmentów literatury. Oczywiście miało to swoje wady. Można było znać wszystkie czasy angielskie i jednocześnie dostać palpitacji serca na widok cudzoziemca pytającego o drogę. Ale ta metoda miała również zaletę, o której dzisiaj trochę nie wypada mówić: w głowie zostawał duży zasób gotowego materiału. I ta refleksja mnie nachodzi, gdy słucham dzisiejszych seniorów – oni naprawdę sporo pamiętają z lekcji języka obcego ze szkoły.
Jeżeli uczeń pięćdziesiąt razy powiedział I’d like to…, to za pięćdziesiątym pierwszym nie konstruuje tego zdania od początku. Ono po prostu przychodzi. I właśnie o to w nauce języka chodzi: żeby z czasem coraz mniej tłumaczyć i analizować, a coraz więcej mówić automatycznie.
Kiedyś znacznie więcej się powtarzało
To jest chyba jedna z najbardziej niedocenianych różnic.
Współczesny podręcznik często działa mniej więcej tak: Unit 1 – Present Simple. Zrobione. Jedziemy dalej. Unit 2 – Present Continuous. Zrobione. Następny. Potem Past Simple, Present Perfect i zanim się obejrzymy, jesteśmy na stronie 126, więc wszyscy mogą mieć poczucie dobrze wykonanej roboty.
Tyle że „zrealizowaliśmy materiał” nie znaczy „uczeń opanował materiał”.
Mózg ma gdzieś spis treści podręcznika. Potrzebuje wrócić do tego samego jutro, za tydzień i za miesiąc. Potrzebuje spotkać daną konstrukcję w innym kontekście, spróbować jej użyć, pomylić się, poprawić i użyć ponownie.
Dlatego można bez większego problemu spotkać osobę, która „przerobiła B1”, ale kiedy trzeba spontanicznie powiedzieć kilka zdań, okazuje się, że funkcjonalnie dysponuje poziomem A2. Materiał został przerobiony. Tylko nie zdążył zostać przyswojony.
Zmieniła się nasza relacja z wysiłkiem poznawczym
Kiedyś, kiedy człowiek zapomniał jakiegoś słowa, miał zasadniczo jedno wyjście: próbować sobie przypomnieć.
Dzisiaj wygląda to inaczej. „Jak jest parapet po angielsku?”
Telefon. Google. Translator. ChatGPT. Dwie sekundy i mamy: windowsill.
To jest cudowne udogodnienie. Sama przecież korzystam z takich możliwości. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy mylić dostęp do informacji z posiadaniem wiedzy.
Jeżeli za każdym razem sprawdzam windowsill, to wcale nie znaczy, że znam słowo windowsill.
Co więcej, ten irytujący moment: „No przecież wiem! Zaczynało się chyba na w…” jest dla mózgu bardzo wartościowy. Próba wydobycia słowa z pamięci sama jest częścią uczenia się. Dzisiaj bardzo łatwo sobie ten wysiłek oszczędzić. Tylko że razem z wysiłkiem oszczędzamy sobie również część nauki.
Języka mamy wokół siebie więcej niż kiedykolwiek. Tylko często konsumujemy go biernie
Tu pojawia się ciekawy paradoks. Dzisiejszy nastolatek może mieć z angielskim kontakt przez kilka godzin dziennie. YouTube, TikTok, gry, seriale, muzyka, media społecznościowe. Pod pewnymi względami jego znajomość angielskiego może być znacznie lepsza niż u przeciętnego nastolatka trzydzieści czy czterdzieści lat temu.
Tyle że rozumienie języka i mówienie w nim to dwie różne umiejętności.
Można bez problemu rozumieć w filmie czy rozmowie zdania takie jak:
I don’t think it’s worth it.
Wszystko jest jasne, nawet nie trzeba tłumaczyć tego sobie w głowie. Ale kiedy kilka dni później sami chcemy powiedzieć komuś: „Nie wydaje mi się, żeby było warto”, nagle zaczyna się poszukiwanie:
I… eeee… think… maybe it’s not…
Bo czym innym jest rozpoznać i zrozumieć gotową konstrukcję, a czym innym samodzielnie wydobyć ją z pamięci dokładnie wtedy, kiedy jest potrzebna.
I właśnie dlatego można całkiem dobrze rozumieć język, a jednocześnie mieć ogromny problem z mówieniem.
Zaczęliśmy mylić „atrakcyjne” ze „skuteczne”
Współczesna lekcja ma być atrakcyjna. Ma być quiz, gra, filmik, kolorowa karta, Kahoot, praca w parach, projekt, coś interaktywnego i najlepiej jeszcze dużo fun.
I żeby było jasne: nie mam nic przeciwko temu. Sama lubię urozmaicać zajęcia i zdecydowanie nie marzę o powrocie do nauczyciela stojącego pod tablicą i odpytującego trzydzieścioro przerażonych uczniów z listy czasowników nieregularnych.
Tylko że atrakcyjna aktywność jest środkiem, a nie celem.
Można świetnie bawić się przez 45 minut, zrobić quiz, obejrzeć filmik, poprzesuwać kolorowe karteczki, wygrać Kahoota i przez całą lekcję samodzielnie wypowiedzieć sześć zdań.
A można zrobić lekcję znacznie mniej widowiskową, podczas której uczeń kilkanaście razy będzie musiał użyć konstrukcji:
I’d like to…I have to…I don’t want to…Could you… ?I’m going to…
I z punktu widzenia automatyzacji języka ta druga lekcja może dać mu znacznie więcej.
Nie wszystko, co przyjemne, jest nieskuteczne. Ale też nie wszystko, co skuteczne, musi być nieustannie atrakcyjne. Czasami trzeba po prostu coś powtórzyć. A potem powtórzyć jeszcze raz.
Język przestał być umiejętnością, bez której naprawdę sobie nie poradzę
Kiedy ktoś kilkadziesiąt lat temu naprawdę dobrze znał angielski czy niemiecki, posiadał coś stosunkowo rzadkiego i bardzo cennego. Dostęp do języka był trudniejszy, a człowiek, który chciał czytać zagraniczne książki, rozmawiać z cudzoziemcami czy funkcjonować za granicą, miał potężną motywację: muszę się tego nauczyć.
Dzisiaj język jest wszędzie, ale jednocześnie coraz łatwiej funkcjonować bez jego rzeczywistej znajomości. Nie rozumiem strony internetowej? Klikam „przetłumacz”. Nie wiem, co znaczy zdanie? Telefon. Muszę napisać mail po angielsku? AI napisze. Nie rozumiem filmu? Automatyczne napisy. Muszę coś powiedzieć za granicą? W ostateczności wyciągnę translator.
Turyści podróżujący do Japonii przez lata mieli problem jak się tam porozumieć – Japończycy bowiem nie są zbyt chętni do komunikowania się po angielsku nawet jeśli go potrafią. Dzisiaj, z translatorem? No problem.
I w ten sposób psychologiczne „muszę to umieć” powoli zmienia się w „w razie czego jakoś sobie poradzę”. A to dla motywacji ogromna różnica.
Moje osobiste doświadczenie
Piszę o tym wszystkim również z własnego doświadczenia. Przez szereg lat ludzie dziwili się, jakim CUDEM uczę się kolejnego języka. Po piątym przestali . Prawdą jest, że uczyłam się tych języków z ciekawości. Z książek, jakie miałam pod ręką. Sama. Czeski jest wyjątkiem, bo studiowałam go na bohemistyce od podstaw.
Ostatniego języka nauczyłam się do poziomu B2 w 2006 roku. Nie korzystałam z Internetu, bo dopiero raczkował. Nie rozmawiałam z lektorami na platformach. Miałam podstawową książkę, słownik papierowy i mózg, którym łączyłam kropki. Stosowałam wszystkie te niechciane metody „starej szkoły. I zadziałały.
Ale jest jeszcze jeden ciekawy paradoks
Nie chciałabym na tej podstawie wysnuwać prostego wniosku: „kiedyś szkoła była lepsza i ludzie lepiej znali języki”. Nie była. Stare metody miały mnóstwo wad, a całe pokolenia wychodziły ze szkoły po kilku latach nauki języka i nie potrafiły przeprowadzić w nim najprostszej rozmowy.
Tyle że w naszej słusznej próbie naprawienia tamtej szkoły chyba trochę przesadziliśmy w drugą stronę.
Pozbyliśmy się lęku przed mówieniem — świetnie. Postawiliśmy na komunikację — ekstra. Zaczęliśmy korzystać z autentycznego języka, filmów, internetu i technologii — fantastycznie.
Ale przy okazji zaczęliśmy traktować pamięć, powtarzanie, automatyzację i zwyczajny wysiłek jak niechciane pozostałości starego systemu.
Bo jest w uczeniu się coś z tej starej, prostej mądrości, którą odnajdziesz również w zen: kropla drąży skałę nie siłą, lecz tym, że spada na nią raz za razem.
To samo słowo spotkane po raz piąty zaczyna brzmieć znajomo. Konstrukcja użyta po raz dziesiąty przychodzi odrobinę szybciej. Zdanie powtórzone po raz dwudziesty przestaje wymagać zastanowienia. Język potrzebuje czasu, żeby się w nas zakotwiczyć. Nie wystarczy go zrozumieć. Trzeba się z nim oswoić, wracać do niego, zapominać i przypominać sobie, aż w końcu z czegoś, co „wiemy”, stanie się czymś, czego po prostu używamy.
I może właśnie z tym mamy dzisiaj największy problem. Żyjemy w kulturze natychmiastowego efektu: aplikacja ma pokazać postęp, kurs obiecuje język w trzy miesiące, a każda lekcja powinna przynieść coś nowego. Tymczasem uczenie się nie zawsze polega na dokładaniu nowego. Czasami polega na cierpliwym wracaniu do starego, aż zapuści korzenie.
Bo języka naprawdę można uczyć się przyjemnie. Można bez strachu, bez upokarzającego odpytywania i bez bezmyślnego zakuwania.
Ale nie da się ominąć tego, co najmniej spektakularne: czasu, powtórzeń i cierpliwości.
Kropla. Skała. Jeszcze jedna kropla. Jaskinia.
A może się mylę? Jak Wy uczyliście się języków i co naprawdę zadziałało? Zapraszam do dyskusji tutaj lub na Mecie.