Usiadłam na miękkim, omszałym klifie pośród szyszek. Za mną: ściana wysokich, ogołoconych do połowy sosen, których kora wydawała się być rdzawego koloru – w zależności od pory dnia. Patrzyłam na to, co było przede mną, a była to przestrzeń. Niczym nieujarzmiona, nienarzucająca się przestrzeń, gasząca wszystko wokół, a jednocześnie wszystko przyjmująca.
Patrzyłam, wpatrywałam się, gapiłam intensywnie i nie mogłam się najeść tym widokiem. Tymi odległościami. Nade mną tylko nieboskłon, a ja jakby w szklanej kuli, w której zewsząd otacza mnie łuk nieba. Tam chmury jawiły mi się jak wielkie, białe okręty podświetlane z każdej strony.
Podczas tego wyjazdu po raz kolejny uświadomiłam sobie, że prócz przestrzeni kocham jasność za dnia – taką otwartą, rozdzierającą jasność, której nie można zastawić żadną ścianą ani lasem. Kocham też antypody – ciągnie mnie do miejsc granicznych – tak wylądowałam w Piaskach – ostatniej miejscowości w Polsce. Piękna plaża wyłaniająca się z lasu – jak wiele nad Bałtykiem. Dotarliśmy tam rowerami z Krynicy Morskiej w około czterdzieści minut.
A drugiego dnia – do Kątów Rybackich czyli w drugą stronę. Tam gratka – zjesz jagodziankę za 5 zł. W Piaskach za 25.
Krynica mnie zaskoczyła. Tak, to prawda że od lat kojarzyła mi się z wakacjami emerytów i nie zawiodłam się – ale nie wiedziałam, że poczuję się jak na wyspie. Otóż z racji położenia (Mierzeja Wiślana) masz z jednej strony morze, ale wystarczy, że przejdziesz kilometr – a czasem niespełna – aby znaleźć się po drugiej stronie krajobrazu i mieć bardziej Mazury niż morze; gęste sitowie, dzikie ptactwo i taflę jeziora.
Gdy jechaliśmy pofałdowanym lasem do Kątów Rybackich (kolejne czterdzieści minut) w pewnym momencie zahamowałam gwałtownie, bo oniemiałam. Po mojej prawej stronie rozciągały się dzikie plaże, a ta w Przebrnie sprawiła, że chciałam zsiąść z roweru, pobiec w jej stronię i zostać tam przez kolejny dzień. To właśnie na tamtejszym klifie stopiłam się z przestrzenią.
To tam usiadłam na plaży, usłyszałam morze i zastygłam jak kobra indyjska pod drganiami pungi. I mogłabym tak zostać gdyby nie fakt, że trzeba było popierdalać , bo nie od tego są wakacje, urlop, wyjazd, by suszyć zwłoki na plaży!
Otóż morze się skończyło, home sweet home, radość i regeneracja – bo tylko w domu odpoczywa się naprawdę i po kilku dniach nowy kierunek: Południowa Morawa – Czechy.
Dla niewtajemniczonych: Morawa Południowa to dość duży obszar ze stolicą w Brnie, nazywana „czeską Toskanią” – a to za sprawą gwoździa programu, czyli licznych winnic, klimatu rodem z południa; czeska dolce vita i dolce far niente – a jakby to przełożyć na czeski to wyszłoby coś w stylu sladké zahálení.
I Czesi z dużych miast udają się na Morawy właśnie po to – po beztroskie przebywanie wśród przyrody, po degustacje win z lokalnych winnic, po zwiedzanie zamków, których tam niemało, po – uwaga – żeglarski klimat. Może i Czechy nie mają dostępu do morza, ale kultura żeglarska kwitnie wokół kanałów – a najdłuższym z nich jest Baťův kanál. I ja bardzo ten kanał lubię – bo wzdłuż niego, co kilka kilometrów są punkty; małe budki, tawerny z napojami i przekąskami. To tam zatrzymują się rowerzyści, żeglarze czy wędrowcy, udający się do kolejnej miejscowości.
My jechaliśmy tylko przez kilka z nich; naszą ulubioną Strážnice, Sudoměřice, Petrov – ta ostatnia przystań jest zdecydowanie moją ulubioną i trudno mi orzec, dlaczego. W Strážnice natomiast bardzo polecam skansen – to 16 hektarów wiosek sprzed wieków. Jeden z najlepszych skansenów w Europie. Jest tuż przy przystani. Przygotujcie się na dobre dwie i pół, trzy godziny chodzenia.
Zresztą, miasteczka na Morawach mogą Wam trochę przypominać budynki skansenu- w zależności od tego, z jakich miejscowości pochodzicie. Dlaczego?
Bo to niska zabudowa, charakterystyczna dla małopolskich miejscowości, z przytulonymi do siebie domkami. Bardzo kolorowa, często z ludowymi ornamentami wokół wejścia czy okien. Na pewno zobaczycie takie w Strážnicy, Sudoměřicach, pobliskiej, słowackiej już Skalnicy. Na pewno widzieliście takową na Złotej Uliczce w Pradze.
Rower to dla mnie główny środek transportu – nie traktuję go sportowo, ale zabieram na wyjazdy, bo tak szybciej i sprawniej się zwiedza, w dodatku robiąc coś dla zdrowia po wypiciu Kofoli (zdecydowanie lepsza niż Cola i Pepsi – zwłaszcza lana z beczki). Z przyjemnością zauważam, że Europa staje się miejscem rowerowym – Krynica jest totalnie nastawiona na rowerzystów, a rowery stoją przy hotelach – można je wypożyczyć.
Podobnie czeska Morawa; mnóstwo rowerzystów, nowe trasy np. takie wokół winnic (Mikulovská vinařská stezka – Mikulowski Szlak Winiarski, dł.86 km) czy wzdłuż wspomnianego kanału Baťův (55 km). Da radę trekkingowym, ale jeśli masz rower przystosowany do jazdy po nierównych terenach, lasach – będziesz w raju.
Tym razem, w drodze powrotnej zwiedziliśmy 3 zamki; lokalny w Strážnicy, zamek Buchlov i Buchlovice. Ciekawostka: to, co my nazywamy „zamkiem” to po czesku „hrad” – a czeski „zámek” to nasz „pałac”.
I co mogę rzec: że Buchlov to był hrad (twierdza, z większą ilością obronno-zaczepnego ustrojstwa różnej maści – czyli bardziej dla chłopców) a Buchlovice to zamek zbudowany, by zadośćuczynić chłodowi, który odczuwała na Buchlovie włoska żona władcy. Wybudował jej więc pałac na miarę jej młodzieńczych wspomnień.
Jest tu ogród we włoskim stylu, a cały pałacyk w renesansowym, bardzo cytrynowo-pistacjowy, z mnóstwem bibelotów i wystrojem rodem z Bridgertonów. No i fuksje, wszędzie fuksje!
W Buchlovicach na końcu parku jest czekoladownia. I powiem, że jako nie-fanka czekolady, wypiłam tam, a następnie zjadłam w formie pralinek najlepszą czekoladę ever. Kombinacji tej pitnej jest mnóstwo – mówiłam, że lubię antypody? Zatem zamówiłam sobie gorzką czekoladę ze słonym karmelem. Wszystko podane osobno, można było zatem kontrolować ilość karmelu w czekoladzie. W ogóle wszystkie dodatki prima sort. To nie była konsumpcja, tylko prawdziwa degustacja w ładnym otoczeniu.
A powrót? 2,5 godziny do domu. Fałdowane, pożniwne krajobrazy Moraw ciągnące się hektarami.
A potem ulga, „home sweet home”, odpoczynek na tarasie, w ogrodzie wśród jabłonek. Boso po własnym lesie. Misja: Urlop 2026 wypełniona. Można odetchnąć. Też tak macie?
Czytał_ś już o moich wakacyjnych planach? Jeśli nie, zapraszam w to miejsce.
Zdjęcia przeróżniaste będziecie mogli pooglądać na fanpage’u Motyw Kobiety na Mecie, jak i – sukcesywnie – na Instagramie.
Jak Wasze plany urlopowe?

