Dzisiejszy dzień na pewno przejdzie do historii ze względu na ukrop.
Wiatraki sufitowe idą u nas na full – cieszą mnie jak cholera. Wystarczyła wizyta w środku lata u masażystki. To tam doznałam cudownego uczucia muskającego chłodu na skórze. Jak się okazało, chłód pochodził z wiatraka sufitowego; bardzo skutecznego i cichobieżnego – od dwóch dni chodzi w naszej sypialni całą noc.
Jutro wyjazd. Na najpiękniejsze wybrzeże świata. Testament poczyniony, dyspozycje na wypadek „Z” zaktualizowane.
Zawsze to robimy, gdy czeka nas wspólny wyjazd gdzieś dalej; głupota, bo przecież można się pominąć tuż za miedzą, ale perspektywa tysiąca czterystu kilometrów tam i z powrotem porusza moją wyobraźnię tym bardziej.
Powiem więcej: KAŻDY z Was powinien mieć spisany testament i dyspozycję na wypadek swojego „Z” (zgonu, zejścia, z(a)ginięcia, zaśnięcia) lub poważnego wypadku. A przynajmniej to drugie; kogo powiadomić, zatem: ważne telefony, opieka nad zwierzętami, itd.
Poczyniliśmy również ustalenia w kwestii pośmiertnej gospodarki materiałowej; koniecznie do spalenia, a organy do dalszej służby + dla nauki. Niech się człowiek na coś przyda wszystek i do końca.
W końcu na tym może polegać życie: nie tylko ślad węglowy, ale i ślad po sobie – choćby w efekcie motyla.
To mają być prawdziwe wakacje – jak dzień dziecka = wolność nie tylko od pracy, od codziennej, choć kochanej rutyny, ale i wolność od narzucanych sobie form; nie zabieram żadnych dyngsów do układania włosów, zamierzam je mieć niesforne, nieodbite u nasady, niewyprostowane, a twarz wolną od wszystkiego poza kremem z filtrem. Jednym zdaniem mam zamiar występować w wersji zgrzebnej, saute i bez retuszu.
Na drugim końcu Polski będę kontynuować bosochadzanie. Tym razem czeka na nas istne szaleństwo, wakacje all ekskjuzmi, czyli zero namiotu i kawiarki – za to śniadanie spreparowane i dopieszczone z wyprzedzeniem przez osoby trzecie.
Tak, dobrze czytacie między wierszami – jadę do czegoś, co nosi znamiona hotelu. Zatem nie jestem w stanie powiedzieć, co to będą za wakacje – co ja tam będę robić?!
Zawsze wyjazdowa rutyna była prosta: wstać rano, zanim namiot nie zdąży się jeszcze nagrzać, drałować po bułki i paprykarz do jedynego czynnego sklepiku w okolicy, okopać namiot na wypadek błyskawicznej ulewy, usunąć wszystkie szczypawice z namiotu, zrobić konieczne pranie, zająć się manipulacją przy kawiarce, a potem można myśleć o przyjemnościach na przykład wypadzie rowerowym do nie tak zaś pobliskiego zamku/skansenu/lasu. Wrócić wymęczonym, ale szczęśliwym, obliczając swoje szanse na wodę pod prysznicem.
Ale będzie przestrzeń, a przestrzeń to perspektywa. Co ja w niej wypatrzę ? W tym niezagospodarowanym kącie, który Japończycy nazywają „ma” – pustce niebędącej brakiem, lecz możliwością?
W tej pustce pomiędzy ziemią i niebem? Chcę takich przestrzennych interwałów, prześwitów, międzyczasów, bezkresów.
Specjalnie nie sprawdzałam dokładnie całej okolicy, nie googlowałam każdego skrawka; chcę niespodzianek, zdziwień, kombinacji, wreszcie: przygód.
Żeby mi kto jeszcze udostępnił latarnię morską – to chciałabym tam przeżyć sztorm. I napisać o tym.
Póki co, kolejne szaleństwo: audiobook „Do latarni morskiej” – Virginii Woolf.
Koniec planowania. Znam adres, resztę zrobi wyobraźnia.