Są filmy, po których trudno streścić fabułę. Niewiele się w nich „wydarza”, a jednak zostają w głowie na długo. Nie pędzą do punktu kulminacyjnego, nie próbują szokować ani podnosić stawki. Zamiast tego zatrzymują się przy zwykłym życiu — rozmowach, wahaniach, samotności, pragnieniach i małych zmianach, które często okazują się ważniejsze niż wielkie zwroty akcji.
I wbrew pozorom, to z takich filmów powinniśmy czerpać, bo są najbliższe naszemu życiu.
Pierwszy z nich ma szczególnie ciekawy rodowód.
„Pocztówki znad krawędzi”
powstały na podstawie książki Carrie Fisher — tej samej, która wcieliła się w księżniczkę Leię w „Gwiezdnych wojnach”. Historia jest mocno inspirowana jej własnym życiem, zwłaszcza zmaganiami z uzależnieniem i relacją z matką, Debbie Reynolds – legendą Hollywood.
Bohaterką filmu jest Suzanne Vale (świetna rola Meryl Streep) aktorka, która po przedawkowaniu leków i pobycie na odwyku wraca do codzienności. Chce znów pracować i odzyskać kontrolę nad swoim życiem, ale szybko okazuje się, że powrót do normalności nie jest prosty. Wytwórnia zgadza się zatrudnić ją przy nowym filmie, jednak pod warunkiem, że przez cały czas zdjęć będzie pozostawać pod opieką pielęgniarki. Suzanne próbuje udowodnić wszystkim, że daje sobie radę, choć sama nie zawsze jest tego pewna.
„Życie to nie film, w którym wszystko zmienia się od razu”[1]
Jednocześnie wraca do domu swojej matki, Doris — dawnej gwiazdy filmowej, która wciąż uwielbia być w centrum uwagi. Kobiety nieustannie się kłócą, drażnią i wzajemnie ranią, ale pod tym wszystkim kryje się silna więź. W kolejnych scenach obserwujemy ich wspólne mieszkanie, rodzinne napięcia, romanse Suzanne, pracę na planie filmowym i codzienne próby utrzymania równowagi po wyjściu z nałogu.
Choć punktem wyjścia są uzależnienie i życie w Hollywood, film skupia się przede wszystkim na relacjach i emocjach. To opowieść o kobiecie, która próbuje stanąć na nogi, pogodzić się z własnymi słabościami i odnaleźć siebie poza oczekiwaniami innych ludzi.
„Doris: Ludzie oddaliby wszystko, żeby żyć tak jak ty.
Suzanne: Wiem, ale ja nie czuję swojego życia”[2]
Na pierwszy rzut oka film wydaje się lekki i momentami wręcz komediowy. Suzanne bywa sarkastyczna, żartuje z samej siebie i sprawia wrażenie osoby, która wszystko traktuje z dystansem. Jednak im dłużej się ją obserwuje, tym wyraźniej widać, że ten luz jest tylko cienką warstwą — pod spodem kryją się prawdziwe zmagania, niepewność i walka o to, żeby nie wrócić do punktu wyjścia.
Tło, które towarzyszy życiu Suzanne nie musi pozostawać bez znaczenia; występuje ona w głównie mało znaczących, „telewizyjnych” albo drugoplanowych produkcjach, rafia do ról raczej „łatwych”, trochę powierzchownych, jest obsadzana w projektach, które nie mają większego ciężaru artystycznego. Suzanne to wie, dlatego nie angażuje się w te projekty sercem i duszą. Takie samo wrażenie sprawia w swoim życiu; bardziej jako obserwatorka, która ma już dość zawodów, „sztucznych palm” i sztucznych pocałunków.
Ale Suzanne Vale żyje nie tylko „w cieniu kariery”,lecz przede wszystkim w cieniu matki, czyli dawnej hollywoodzkiej legendy, która jest większa niż życie i nie daje się zepchnąć na drugi plan. Doris funkcjonuje jak „instytucja” sama w sobie, ma silną osobowość, która wchodzi w każdą przestrzeń Suzanne. Jako widzowie, jesteśmy między nimi, blisko, ale bez poczucia ciężaru, raczej z lekkim dystansem i zainteresowaniem.
Drugi film również nie opiera się na wielkich wydarzeniach ani wyraźnej fabularnej kulminacji. Zamiast tego przygląda się grupie ludzi, którzy są na różnych etapach dorosłości i życia zawodowego, ale wciąż pozostają ze sobą w relacji — czasem blisko, czasem trochę obok.
„Przyjaciele z kasą”
Mamy tu cztery długoletnie przyjaciółki, które są na zupełnie różnych etapach życia, ale wciąż próbują utrzymać między sobą relację.
Olivia (Jennifer Aniston) jest tą „najmniej ustabilizowaną” z grupy — po odejściu z pracy nauczycielki zaczyna sprzątać domy, ma problemy finansowe i wciąż nie do końca radzi sobie z własnym życiem uczuciowym. W tym samym czasie jej przyjaciółki funkcjonują w dużo bardziej uporządkowanej, zamożnej rzeczywistości: jedna pracuje twórczo ze swoim mężem nad scenariuszami, druga żyje w luksusie dzięki rodzinnemu majątkowi, a trzecia prowadzi pozornie „idealne” życie rodzinne.
Z pozoru wszystko toczy się u nich spokojnie — obiady, rozmowy, małżeńskie tarcia, małe kryzysy — ale pod tą zwyczajnością cały czas przebija się temat nierówności, samotności i tego, jak zmieniają się relacje, kiedy ludzie dorastają i ich życia zaczynają się coraz bardziej rozchodzić.
Jedna z przyjaciółek nawet przyznaje przed mężem, że gdyby teraz poznała Olivię, raczej by się nie zaprzyjaźniły.
A ja, jako widz oglądająca ten film pomyślałam sobie, że chyba najbardziej odpowiadałoby mi mimo wszystko życie Olivii – wydaje się być najmniej kontrolująca, zatem najszczęśliwsza z nich czterech.
Olivia nie narzeka – zmaga się z codziennością bez większego rozkminiania, cieszą ją proste, zwyczajne rzeczy. Jej koleżanki mają zdecydowanie więcej niepokoju na co dzień niż ona.
Można wysnuć nawet przypuszczenie, że Olivia jest im potrzebna do tego, by samym poczuć się lepiej w swoich niedogodnościach.
Co dalej z Olivią? Czeka ją niemały zwrot akcji, godny wygranej na loterii.
To kino bardzo „obserwacyjne”: zamiast dużych zwrotów akcji dostajemy codzienność, w której najważniejsze rzeczy dzieją się w rozmowach, niedopowiedzeniach i tym, czego bohaterowie nie mówią wprost.
Ostatni film to obraz kobiety, która już od dawna funkcjonuje na uboczu własnego życia. Pracuje, utrzymuje rutynę, ale coraz częściej łapie się na tym, że czegoś jej brakuje — uwagi, relacji, poczucia, że jeszcze może coś przeżyć inaczej niż dotąd.
„Cześć, na imię mam Doris”
Tytułowa bohaterka ma 60 lat, codziennie w firmowym boksie stuka w klawiaturę swoimi pomarszczonymi palcami. Jest raczej „niewidzialna” dla współpracowników.
Jej życie jest uporządkowane, przewidywalne i dość samotne — składa się z pracy, drobnych rytuałów i przyzwyczajeń, które nie wymagają większych emocji.
Wszystko zmienia się, kiedy w pracy pojawia się nowy, młodszy współpracownik. Doris zaczyna coraz bardziej żyć jego obecnością — najpierw w wyobraźni, potem w drobnych gestach, aż w końcu wchodzi w coś na kształt zauroczenia, które wymyka się jej codziennej ostrożności.
Nagle jej uporządkowany świat zaczyna się przesuwać: Doris próbuje znaleźć sposób, żeby zbliżyć się do niego, jednocześnie zderzając się z własnym wiekiem, samotnością i wyobrażeniami o tym, kim „powinna” być.
Postać Doris nagle ożywa wraz z pojawieniem się zainteresowania 35-letnim Johnem. Zaczyna go googlować, sprawdza jego zainteresowania, muzykę, social media, buduje w głowie obraz ich relacji, a to wszystko nakręca jej wyobraźnię bardziej niż realny kontakt. Po raz pierwszy próbuje też realnie wejść w jego przestrzeń. W końcu musi zmierzyć się z tym, że jej wyobrażenie nie pokrywa się z rzeczywistością.
Doris nie jest podstarzałą Bridget Jones — nie ma w sobie przebojowości ani autoironii, która rozbrajałaby trudne sytuacje. Jest raczej cicha, ostrożna i bardzo uważna na innych ludzi. Taka osoba, która długo obserwuje, zanim cokolwiek zrobi, i jeszcze dłużej zastanawia się, czy w ogóle „wypada”.
Jednocześnie jest w niej coś bardzo lojalnego i delikatnego — przywiązuje się do ludzi, nawet jeśli relacje są jednostronne albo powierzchowne. Trzyma się swojej rutyny nie dlatego, że ją lubi, ale dlatego, że daje jej poczucie bezpieczeństwa.
W jej zachowaniu widać też pewną emocjonalną niewinność — nie w naiwnym sensie, ale w takim, że Doris dopiero uczy się, jak można chcieć czegoś dla siebie. Jakby przez większość życia była raczej tłem dla innych ludzi niż bohaterką własnej historii.
I dlatego jej zauroczenie nie jest „romantycznym wybrykiem”, tylko czymś znacznie bardziej podstawowym — próbą wyjścia z niewidzialności.
Obecnie w wielu filmach przewija się wątek dojrzałych kobiet nawiązujących śmiałe romanse ze znacznie młodszymi mężczyznami – to nie jest jeden z nich.
Życie Doris skrywa pewną tajemnicę — jej relację z matką, która od lat pozostaje w centrum jej emocjonalnego świata. Doris w dużej mierze zrezygnowała z własnych potrzeb i planów, żeby opiekować się chorą, starzejącą się matką, podporządkowując jej codzienność i rytm życia. To nie jest spektakularne poświęcenie, raczej ciche, rozciągnięte na lata — takie, które z czasem staje się normą.
Właśnie dlatego Doris tak rzadko pozwala sobie na cokolwiek „dla siebie”. Jej ostrożność i zamknięcie nie biorą się znikąd — są efektem życia, w którym najpierw trzeba było być dla kogoś innego, zanim w ogóle przyszło pytanie, kim ona sama chciałaby być.
Teraz, po śmierci matki nadchodzi ten moment. Doris zaczyna odkrywać świat, a raczej siebie w tym świecie.
Filmy, które dziś Wam polecam (a wszystkie znajdziecie na Netflixie) to filmy o zwyczajnych ludziach przeżywających ciche kryzysy tożsamościowe, opowiedziane z czułością i bez pośpiechu.
Blisko im do amerykańskiego kina obyczajowego i tzw. character studies – filmów, w których najważniejsza jest psychologia postaci, a nie sama fabuła.
Ukazują uważność na zwykłe życie – rozmowy, drobne gesty, codzienne decyzje mają większe znaczenie niż akcja.
Nie wyśmiewają słabości bohaterów, tylko je obserwują. Mają słodko-gorzki ton – jest humor, ale podszyty melancholią. I co najważniejsze: Bohaterowie są w okresie przejściowym – każdy z nich próbuje na nowo określić, kim jest i czego chce. To zupełnie tak, jak każdy z nas w swoim zwykłym – niezwykłym życiu pełnym zmian.
Oglądał_ś któryś z tych filmów? Podziel się swoimi refleksjami w komentarzu poniżej lub na Mecie. Jeśli nie widział_ś żadnego z nich, który Cię najbardziej przekonuje i dlaczego?
A jeśli doceniasz moją pracę – zasubskrybuj mój blog lub/i udostępnij. Zapraszam Cię też do sekcji Kultura – znajdziesz tu kilkaset recenzji i polecajek filmowych. Miłego seansu!
[1] Cytat z filmu „Pocztówki znad krawędzi” 1990
[2] Cytat z filmu „Pocztówki znad krawędzi” 1990
