W Love Is Blind nie chodzi o miłość. Zaskoczeni?

– Oglądałaś już polską edycję „Love is blind”? – zapytała mnie w mailu Yumi, moja znajoma Japonka, która czekała na wersję programu z naszego kraju.
I właściwie tym pytaniem mi o niej przypomniała. Okazało się, że gdy ono padło, kilka pierwszych odcinków było już dostępnych, zatem mogłam je zobaczyć, by z własnymi przemyśleniami wrócić do dyskusji z Yumi. Kilka lat wcześniej obejrzałam japońską wersję, a potem jeszcze szwedzką. Byłam ciekawa naszej rodzimej, a teraz, po seansie, zastanawiam się, jak odebrała ją Yumi. O wersji japońskiej już rozmawiałyśmy i Yumi rozwiała moje wątpliwości dotyczące pewnej kwestii społecznej.
A mnie dziś najbardziej frasuje inna sprawa…

 

 

„Love Is Blind” to reality show

 

 

 

w którym single poznają się i budują relacje, nie widząc się nawzajem, rozmawiając ze sobą w specjalnych kapsułach oddzielonych ścianą. Jeśli w trakcie takich rozmów zdecydują się na zaręczyny, dopiero wtedy po raz pierwszy się spotykają, a następnie sprawdzają swoją relację w prawdziwym życiu, mieszkając razem, podróżując i przygotowując się do ślubu, który ostatecznie biorą albo odwołują.

 

Ten program randkowy powstał w Stanach Zjednoczonych, więc nosi wszystkie cechy amerykańskiego reality show. Można spodziewać się typowo amerykańskiej formuły: emocji, dramatów i spektakularnej realizacji. Zdecydowanie widać w nim typowy dla amerykańskiej telewizji sposób budowania emocji.

 

 

 

Wybrani do zakochania

 

 

 

Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że w tego typu produkcjach najważniejszym kryterium wyboru uczestników to
– potencjał na konflikt lub dramat,
– telewizyjna emocjonalność
– historia

 

 

Nie inaczej jest w programach muzycznych – ludzi z dobrym głosem jest mnóstwo, ale z rzewną, życiową historią? Pamiętacie jak w 2010 edycję programu Mam Talent wygrała zaledwie dwunastoletnia Magda Welc, wygryzając Kamila Bednarka? Ja pamiętam jak zatroskana, nad wyraz poważna dziewczynka miała plan; za wygrane pieniądze wybuduje dom dla swojej rodziny.
W TV Shows wygrywa storytelling.

I ostatnia edycji Love is Blind: Polska jest pełna ruszających za serce historii: bohaterka, która nadal czuje silną więź ze zmarłą mamą, kobieta, która w jednym roku została matką, żoną i wdową, emigrantka z Kazachstanu, która postawiła wszystko na miłość i doznała zawodu, chłopak, który na dwa lata stracił wzrok, uczestnik po przejściach, z orzeczonym ADHD.

Casting do „Love Is Blind” nie polega na znalezieniu ludzi, którzy „wierzą w miłość”, tylko takich, którzy są w stanie stworzyć emocjonalnie intensywną historię w warunkach ekstremalnego eksperymentu telewizyjnego.

W komentarzach dotyczących polskiej edycji stale przewijało się jedno pytanie: Skąd wzięliście tylu ztraumatyzowanych ludzi?!

A ja uważam, że to mówi więcej o naszym wyobrażeniu o ‘normalności’ niż o samych uczestnikach. Bo podobne historie ma wielu z nas — różnica polega na tym, że nie każdy decyduje się je ujawnić przed kamerami.
Do tego trzeba posiadać osobliwe cechy charakteru, lub /i  dobrą motywację.

Uczestnicy „Love Is Blind” nie zarabiają na miłości — zarabiają na czasie i ekspozycji, a prawdziwy biznes zaczyna się dopiero po emisji programu. Bo program daje zasięgi, a te stwarzają możliwości współpracy z różnymi firmami.

 

 

Randka w ciemno – do zakochania jeden krok

 

 

 

Przypomnijmy: uczestnicy randkują w tzw. kapsułach, czyli oddzielonych od siebie pomieszczeniach, w których mogą się tylko słyszeć, ale nie widzą się nawzajem. Prowadzą serię krótkich rozmów z różnymi osobami, stopniowo wybierając te, z którymi chcą spędzać więcej czasu. Z każdym kolejnym spotkaniem pogłębiają relacje, opierając się wyłącznie na głosie, emocjach i rozmowie. Jeśli między dwojgiem osób pojawi się silna więź, mogą zdecydować się na zaręczyny – jeszcze zanim zobaczą się po raz pierwszy.

W tych kapsułach są właściwie odcięci od świata – czyli od telefonu, Internetu. A brak bodźców z zewnątrz = większa intensywność emocji. To rodzi szybkie przywiązanie, ale też idealizację drugiej osoby.

Wiemy przecież, że w normalnym życiu zaręczyny po kilku dniach rozmów są ekstremalne, ale w programie jest presja czasu no i brak realnego sprawdzenia się w normalnych, codziennych sytuacjach.
To zwiększa dramatyzm.

 

Jeśli widz nie jest świadom sztuczek, którym ulega, nie wie, że jego emocje są w dużej mierze prowadzone przez montaż, muzykę i odpowiednie tempo narracji, a to co widzi: rozmowy uczestników, ich relacje, to jakieś 10 procent tego, co działo się tam naprawdę.
Oglądając interakcje między ludźmi łatwo uwierzyć, że to ‘po prostu się dzieje’, ale to nieprawda. Gdyby nie te zabiegi, gdybyśmy zobaczyli jak to wygląda „na sucho” prawdopodobnie zobaczylibyśmy nudnawe sceny jakich wiele podczas rozmów na blokowisku albo przy barze, z których żadna nie zamieniłaby się w dramę godną paczki popcornu.

Jednak  dzięki umiejętnej reżyserii dostajemy: „bohaterów i złoczyńców”, nagłe i zawsze skrajne decyzje, kontrowersyjne wypowiedzi, a nade wszystko te wycięte z kontekstu. Pauzy i cięcia budujące napięcie (najlepszy przykład to decyzja przed „ołtarzem”) selektywne pokazywanie reakcji uczestników, wyolbrzymianie pojedynczych zdań do rangi konfliktu, emocjonalne eskalacje w przyspieszonym tempie, podkręcanie dramatów codziennych rozmów.

W normalnym życiu to tempo jest kompletnie nienaturalne — i właśnie to generuje większość dram.

I tak z setek godzin rozmów powstają historie jak z serialu, które śledzimy z zapartym tchem.

 

Co w tym programie budzi moje wątpliwości

 

 

 

Najpierw plusy: program tego typu może wywoływać swoiste katharsis – podobnie jak teatr antyczny, którego rolą było przeżycie emocji w zbiorowości. Widz śmiał się i płakał razem z innymi, by na końcu wyjść z poczuciem emocjonalnego oczyszczenia.
Zasiadając przed Love is Blind możemy zaserwować sobie coś podobnego i to całkiem świadomie. Przynajmniej ja tak robię; śmieję się, krzyczę, rzucam sarkazmami i czuję się po tym lepiej, lżej. Mam swój grecki teatr.
Zatem program spełnia swoją rolę.

Dzisiaj rola teatru antycznego przeniosła się do Internetu – to tam ludzie wyrzucają z siebie wszystko, co im na zwojach leży – oceniają negatywnie nie tylko zachowania czy decyzje bohaterów reality show, ale też cechy ich wyglądu, na który nie mieli wpływu jak kształt twarzy, wzrost czy uzębienie – i  dla mnie to zachodzi za daleko.

W samym programie są także elementy, które przykuwają moją uwagę, kiedy empatyzuję z uczestnikami. Na przykład podprogowe promowanie picia alkoholu.
Znakiem rozpoznawczym – zresztą na życzenie twórcy programu – stały się złote, nieprzezroczyste kieliszki, z którymi uczestnicy snują się wszędzie, nawet na miesiącu miodowym w Grecji. Mogą mieć w nich alkohol, sok, wodę – ich wybór, ale kieliszek kojarzy się jednoznacznie z alkoholem. Wygląda to zatem tak, jakby bohaterowie LiB non stop popijali wysokoprocentowe trunki.
Czytałam, że jeden z mężczyzn biorących udział w amerykańskiej edycji zaskarżył program o „upijanie” uczestników oraz ograniczanie im dostępu do wody.

 

 

„Powiedział ile razy może i z kim od wczoraj dzieli łoże”

 

 

Kolejna sprawa to bardzo osobiste rozmowy i wynurzenia. O ile chyba czymś akceptowalnym jest mówić o śmierci członka rodziny lub wspomnieć o poprzednim związku (tutaj zawsze w liczbie bardzo mnogiej) to mówienie o seksie z innym uczestnikiem, fantazjach seksualnych, oraz wydawanie jednoznacznych dźwięków, może budzić niesmak widza nieprzygotowanego na tak eksplicytne i intymne wyznania.

 

Tutaj moja wyobraźnia mocno pracuje, no bo tak: każdy z tych uczestników ma jakieś relacje z ludźmi; pracownikami, pracodawcą, klientami, swoimi dziećmi, nauczycielami swoich dzieci, znajomymi swoich dzieci, babcią, dziadkiem, rodzicami i przyznam szczerze, że mnie byłoby wstyd przed każdą z tych grup społecznych.

 

 

Jesteś moim crushem

 

 

 

Niby polska edycja, a można było poduczyć się angielskiego na poziomie relacji społecznych! Okej, zanim wyleje się tu wiadro pomyj za te anglicyzmy, może trochę usprawiedliwię: zauważyłam, że mnóstwo matek mających nastoletnie dzieci bardzo często używa obecnie modnych zwrotów (Oł em dżi, crush, cringe itd.) Czasy się zmieniły – obecni rodzice bardzo nadążają za swoimi pociechami, tych pokoleń nie oddziela już gruba czerwona, postkomunistyczna krecha. I w LiB angielski jest wszechobecny – niech każdy oceni to tak, jak uważa.
Kolejną sprawą jest używanie angielskiego dla żartu – często w rozmowach rzucamy znanym sloganem z filmu (kto choć raz nie wypowiedział na pożegnanie „Hasta la vista, baby” niech pierwszy rzuci kamieniem) Używamy też anglicyzmów bo są krótkie, proste i wyrażają to, czego nie wyrażą polskie pojęcia.
 Sama mam kilka ulubionych wyrażeń, których używam często, na przykład:  mindfuck, mindset (jak wiecie, mam naturę filozoficzną, stąd tyle mind…) you little bastard! game changer i nasze ulubione, domowe: Don’t boat yourself.

Dla tych, którzy boją się o przyszłość polszczyzny: I tak ostatecznie wszyscy będziemy mówić po arabsku, take it easy!

 

 

Zobaczyłam ślub w Love Is Blind i ogłuchłam

 

 

 

Jeśli zaczniecie śledzić miłość w kapsułach szybko przekonacie się, że anglicyzmy to najmniejszy problem językowy – o ile w ogóle rozpatrywać go w tych kategoriach. Jednym z najbardziej zaskakujących elementów programu to wszechobecne wulgaryzmy. Ja wiem, że mamy genialne, dobre na wszystko słowo „pierdolić” i z paletą przedrostków (wy – przy – po – na – za – o–   itd.) może zastąpić niemal każdy inny czasownik, ale ta językowa uniwersalność ma swoją cenę – zubaża niuanse wypowiedzi.

 

Wiem też, że ludzie w chwili stresu, by szybko go złagodzić używają wulgaryzmów jak swoistych wykrzykników i uważam, że po to właśnie one są,  ale przyznam,  że wpadłam w konsternację,  gdy jeden z uczestników czekający już przy „ołtarzu” na swoją wybrankę, wydobył z siebie:
„O kurwa, idzie!” W sumie nie wiem, gdzie dokładnie postawił przecinek…

Później, już na weselu podczas pierwszego tańca, para młodych skandowała refren utworu, którzy brzmiał: „W co ja się wjebałem”.

I jestem po tym wszystkim ciekawa, czy wszystkie te polskie wulgaryzmy wiernie tłumaczy się na języki obce – na pewno zapytam Yumi.
Właśnie dostałam maila od znajomego z Omanu – napisał, że ogląda LiB jako komedię.
 

 

 

I nie dopuszczę cię aż do końca

 

 

 

Przypominając: Uczestnicy finalnie mają wziąć ślub, ale mają prawo też powiedzieć „Nie” – w dowolnym momencie. Niektórzy trzymają widzów w napięciu do samego końca i rezygnują już w chwili, gdy pada deklaracja przed urzędnikiem.

Na ten ślub przychodzą ich rodziny – w tym dzieci i nastolatki. Zapewne niejeden pięciolatek był podekscytowany, że weźmie udział w ślubie wujka czy cioci i to przed kamerami. Wie już, czym jest ślub, małżeństwo – w domu mu to wytłumaczono. A potem obserwuje, jak dwoje ludzi ze łzami w oczach opowiada jakim cudem było to spotkanie, jaką wspaniałą osobą jest ta naprzeciwko po czym mówi „Nie” i odchodzi.
Kiedy po raz pierwszy w życiu widziałam taką scenę w LiB, doznałam dysonansu poznawczego. Tylko ja byłam dorosła, świat był dla mnie bardziej złożony. Dla pięciolatka nie jest. Dla nastolatka też nie. Oni po prostu odebrali przekaz: Można się zakochać, obiecać drugiej osobie złote góry, ładnie się ubrać, zrobić ślub i po prostu zrezygnować!

 

 

Być HONNE czy TATEMAE?

 

 

 

Zawsze jestem za tym, by pozwolić każdemu człowiekowi być sobą – wtedy też nie pozostawi żadnych złudzeń. I to w Japonii nazywa się byciem „honne” – prawdziwa osobowość, zachowanie, prawdziwe uczucia, szczere myśli i intencje, które często pokazuje się tylko bliskim osobom.

Jest też pojęcie „tatamae” – „społeczna twarz”, czyli to, co pokazuje się publicznie: uprzejmość, role społeczne, zachowanie zgodne z oczekiwaniami otoczenia.

W Japonii – społeczeństwie kolektywnym zdaje się stale wygrywać tatamae. A na pewno „społeczna twarz” trzymała w ryzach japońską edycję Love is Blind.
Ja byłam zachwycona wysoką kulturą osobistą uczestników (w polskiej wersji miała ją  Malika) stonowanym zachowaniem, wyrażaniem szacunku do ludzi oraz uważnym słuchaniem drugiej osoby. Gdy podzieliłam się tym z Yumi, odpowiedziała, że tego się właśnie spodziewała – poprawnej tatamae. Bo Japończycy tacy są. Nie mówią otwarcie, nie „wywalają” swoich uczuć, emocji.
No i teraz pytanie: chcemy ludzi prawdziwych ze wszystkimi tego konsekwencjami, czy oczekujemy tatamae?
Odpowiedzcie w komentarzach.

 

 

Love is blunt – podsumowanie

 

 

Psychologowie od lat alarmują: samotność staje się jednym z największych problemów społecznych. Coraz więcej osób nie potrafi wejść w trwałe relacje, a potrzeba bliskości rośnie szybciej niż realne możliwości jej zaspokojenia. Platformy streamingowe i telewizja bezbłędnie to wyczuwają i zamieniają w format. Sprzedają emocje nazywając je „miłością”. Dostarczają widowisko.

Mamy sytuację, w której samotność stała się dochodową rozrywką.

I trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym równaniu człowiek bywa najmniej istotny — ważniejsza jest jego historia, jego kryzys i jego emocje w wersji nadającej się do montażu. I tak oto tym podprogowym echem wraz z kolejną edycją niesie się przez świat: Love is blunt – „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.”[1]

 

A Wy, oglądacie Love Is Blind? Jakie są według Was granice ekshibicjonizmu?
Czy uczestnicy są ofiarami programu czy świadomymi graczami?
Czy
naprawdę chcemy szczerości od ludzi, ich honne?
Co sądzicie o dalszych losach bohaterów tego reality show?

Porozmawiajmy. Podzielcie się w komentarzach poniżej lub na Mecie.

 

Wybieracie się niebawem na wesele? Zapoznajcie się ze ślubną etykietą <3
A jeśli chcecie postać na oryginalny prezent weselny – idźcie tutaj.

 

 

 

 

 

[1] Dante Alighieri “Boska komedia”