„Kiedy obudziłem się o świcie, z prawej strony rozciągała się wielka, wspaniała wyspa, wyniosła i dzika. Bladoróżowe szczyty górskie uśmiechały się spoza mgieł do jesiennego słońca. Wokół nas szafirowe morze kłębiło się wciąż niespokojnie.”[1]
Dalej przeczytamy, że „Zorba, otulony w brązowy koc, zachłannie wpatrywał się w Kretę”. I ja pamiętam ten moment, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Kretę; morze w sąsiedztwie gór, bezkonkurencyjny kolor wody, zmieniający się w zależności od pory dnia. Ale ja dziś nie o Krecie. Ja o czymś bliższym.
Nigdy nie rozumiałam szaleństwa związanego z wakacjami, słodkiego lenistwa i wylegiwania się na plaży, opalania i jedzenia lodów, to kojarzyło mi się z największą nudą (…). (Patrycja Żurek, „Naszyjnik z jarzębiny”)
Ja też nie. Nie jestem typem plażowicza – opalacza. Na plaży wytrzymuję średnio dwadzieścia minut. Ale nie nad Bałtykiem. Bałtyk działa na mnie niemalże hipnotycznie; mogę spędzać na jego brzegu godziny, wpatrując się w horyzont. Miarodajny ruch fal uspokaja moje ciało i duszę. I ten wszechogarniający zapach; nieco mineralny, surowy, w którym trochę mokrego piasku, trochę wodorostów ogrzanych słońcem, drewna wyrzuconego przez fale, a bliżej portu: ryb i mokrych sieci rybackich. Ten zapach sprawia, że dzieje się we mnie jakaś magia.
Mam też takie pierwsze wspomnienie z morzem; mam trzy lata, jadę z mamą pociągiem już bardzo długo. Po godzinach mijania rozległych pól uprawnych, wiosek, lasów, poprzednie krajobrazy zaczynają niknąć, aż pozostają za nami. Wokół nas tylko otwarta przestrzeń, tylko długie trawy przechylające się na wietrze, jasny, wydmowy piasek — nieubity, lekki, poruszany wiatrem jak powierzchnia innej planety i porozwieszane sieci rybackie. Taki był mój pierwszy w życiu wjazd na polskie wybrzeże, które mnie wówczas oczarowało.
Dusza ciekawego przyrodnika z jakimś pierwotnym pędem do przebywania jak najściślej wszelkich żywiołów, to właśnie w polskim, bałtyckim wybrzeżu odnajduje spełnienie.
Widziałam różne wybrzeża – na jednym nawet przez pół roku mieszkałam, bardzo blisko – tuż przy plaży, około 70-100 metrów do linii morza. To była wspomniana Kreta i po pierwszym trzęsieniu ziemi dotarła do mnie mądrość – nawet jeśli metaforyczna – biblijnej przestrogi o niebudowaniu domu na piasku. [2] Nieświadoma, martwiłam się przejściowym brakiem prądu w całej miejscowości, podczas gdy lokalsi nie spali całą noc drżąc o to, czy nie nawiedzi nas tsunami. Wtedy „raj” zamieniłby się w piekło – jak Tajlandia w 2004 roku.
Jeśli przy Tajlandii jesteśmy – nie marzę o jej plażach. Po obejrzeniu dokumentu o tym, jak niebezpieczna bywa dla turystów Tajlandia, odechciało mi się. Piękna wyspa Koh Tao, którą media zaczęły nawet nazywać „Wyspą Śmierci” pojawiła się w wielu dokumentach na YT. Dochodziło i zapewne dochodzi tam do tajemniczych śmierci turystów przedstawianych jako „samobójstwa” albo „wypadki”, do zastraszania świadków, a rządzą wpływowe rodziny i skorumpowana policja.
Zanim wskażę największy minus większości popularnych, zagranicznych plaż, wymienię coś, co może być zarówno plusem jak i minusem: kamieniste vs. piaszczyste plaże. W Polsce zdecydowana większość wybrzeża to piasek. Dla mnie to ogromny plus; jako osoba nietolerująca obuwia ni stopnego odzienia, piasek to sensoryczny raj! Wręcz upajam się stawianiem na piasku każdego kroku. W Grecji czy Chorwacji spotkamy najczęściej plaże kamieniste – zawierają tak zwane otoczaki; owalne kamienie obrobione przez ruch wody. Są piękne, estetyczne i tworzą cudowną melodię, jaką pamiętam z nocy na czarnej plaży na Santorini, a jednocześnie nie dają przyjemnego efektu wejścia na plażę, czy do wody.
Niestety, w turkusowych wodach kryją się jeżowce, które potrafią narobić szkody naszym stopom – w Bałtyku co najwyżej mało szkodliwa, a jakże piękna meduza chełbia.
„Buty do wody” – czy istnieje bardziej perwersyjny pomysł?!
Czy w kraju śródziemnomorskim można spotkać na plaży wylegującą się fokę?
Fale, wiatr, glony, sztormy – tyle się u nas dzieje! I to sprawia, że przechadzka po bałtyckim wybrzeżu może być swoistą terapią jodową. Plus małe zasolenie – co ma pozytywny wpływ na oczy, skórę i włosy – pamiętacie, że mieszkałam na Krecie tuż przy plaży? Po kilku miesiącach moje włosy przypominały strukturą starą, zużytą miotłę!
Idę i morze jest cały czas obok mnie
To duża zaleta polskiego wybrzeża – mamy około 780 km linii brzegowej, którą można przejść w dużej mierze nie tracąc kontaktu z morzem, cały czas czując jego zapach. Rzekłabym, że polskie wybrzeże to raj dla kontemplatorów; idziesz i idziesz, rozmyślając, wymyślając, lub od myśli całkiem się uwalniając. Idziesz i towarzyszy ci wszechobecny balans; woda, piasek, bezkresne niebo, a nierzadko również las.
Jako Polacy śmiejemy się i oburzamy jednocześnie na wszechobecne parawany – ale czy to nie konieczna (wiatr) namiastka prywatności dla nas, jednocześnie gościnnego narodu, a odgradzającego się od sąsiedztwa wysokimi tujami?
Na szczęście mamy tak długie i szerokie plaże, że właściwie wystarczy odejść kilkadziesiąt metrów dalej, by cieszyć się przestrzenią.
Co jest cudowne: nasze plaże są pozostawione do dowolnego użytku człowieka. Nie ma na nich rzędów plastikowych leżaków w krzykliwych kolorach, możesz rozłożyć swój koc, mini namiot, zrobić piknik – przyznaję, że nigdzie nie czuję się z tym tak swobodnie jak w Polsce; pamiętam, że w Grecji przez lata taka plażowa wolność nie była mile widziana i stale nagabywano turystów do wypożyczenia leżaka. Zawsze z tym walczyłam tłumacząc, że uwielbiam czuć piasek pod ciałem, a nie oddzielać się od niego plastikiem.
Na polskiej plaży lubię też naturalne dźwięki przyrody; szum fal, pisk mew. Uciekam przed muzyką z głośnika, której pełno w śródziemnomorskich kurortach.
Afryka dzika
W tej samej przestrzeni istnieją też miejsca jeszcze bardziej ‘odpuszczone’ — plaże naturystów. Nie jako deklaracja, ale jako kontynuacja tej samej wolności: że ciało nie musi być ukrywane ani wystawiane, że może po prostu być częścią krajobrazu. W Polsce nie mają one charakteru pokazowego — raczej wtapiają się w szerokie, ciche przestrzenie, gdzie człowiek znika w skali morza i wydm.
Choć dziś rzadko bywam na takich plażach, wbrew pozorom zawsze dobrze się tam czuję. Podoba mi się sama idea — nie jako coś demonstracyjnego, ale jako sposób bycia bliżej natury, bez dystansu, który często narzuca codzienność. Jest w tym coś spokojnego i uczciwego – człowiek na chwilę przestaje być oddzielony od świata, w którym został stworzony. Powraca do swojej natury.
W tym sensie plaże naturystów nie są dla mnie czymś osobnym, ale raczej przedłużeniem tej samej wolności, którą widzę w całym polskim wybrzeżu — w przestrzeni, która pozwala po prostu być, bez nadmiaru form.

Paragony grozy? Nie sądzę
Najpierw szybko przyznam się, że nie spędzam każdych wakacji nad Bałtykiem – właściwie w zeszłym roku pojechałam tam na celowy, zaplanowany urlop po raz pierwszy od … dwudziestu lat. Tak, przez ten szereg lat odwiedzałam wybrzeża basenu śródziemnego, Anglii, Izraela, a nawet Afryki Południowej, aby zdobywać moc porównawczą, na ostateczny duży plus polskiego „morza”.
Za to naczytałam się o cenach nad Bałtykiem. Rok temu pojechaliśmy do Łeby, bo marzyłam, aby iść na wydmy. Jako że byliśmy z namiotem, gotowaliśmy na miejscu, ale kilka razy byliśmy też nie w restauracji „z widokiem na morze” ale w lokalnym „Pierożku” (czyli popularnym, niegdysiejszym barze mlecznym) bo prawdą jest, że wszędzie gdzie jadę, chcę spróbować lokalnego stylu gotowania i cóż powiem: ceny obiadu nierzadko niższe niż u nas, w Bielsku – Białej!
Nie musze jeść ryby nad morzem, bo sklep rybny, w którym się zaopatruję, sprowadza ryby między innymi z polskiego wybrzeża. Nie potrzebuję też jeść niczego wymyślnego, za to odżywczego – bo polskie wybrzeże, to wspaniałe miejsce do rowerowego podróżowania. I co jest w tym najlepsze – niemal cały czas jest płasko! Jakże miła odmiana!
Kto nie kocha zachodu słońca na polskich plażach? Ten spektakl codziennie przyciąga tłumy. Nie zwróciłabym uwagi na jeden szczegół, gdyby nie zachód słońca na plaży w RPA – otóż, odbył się on bardzo szybko. Człowiek nie zdążył się nim nacieszyć ; ot słońce schowało się za horyzont i już trzeba było wracać do hotelu, bo wiadomo – w RPA po zmroku białym lepiej nie wychodzić.
Nad Bałtykiem latem słońce zachodzi pod bardziej płaskim kątem, zatem rozlewa się na całą szerokość nieba, co daje efekt nieporównywalny nigdzie indziej. W Grecji – przykładowo – słońce spada bardziej „stromo”, zatem zachód trwa krócej.
Największa zaleta polskiego wybrzeża
Teraz przejdę do tego największego plusa, który bije na łeb na szyję wiele innych europejskich, światowych, nadmorskich miejscowości.
Wiecie jaki jest mój ulubiony moment, gdy przybywam nad Bałtyk?
To ten, gdy wchodzę w piniowy las; najpierw idę ściółką, ale gdy zaczynam czuć pod stopami chłodny piasek wiem, że jestem coraz bliżej! I jest ten moment, gdy wychodzę z lasu, na wydmę, wśród traw i moim oczom ukazuje się horyzont morza. To jak koniuszek rożka w lodach, jak rozpięcie ciasnych jeansów po obiedzie, pierwszy kęs sałatki jarzynowej na święta, wejście do świeżej pościeli, pierwsze postawienie gołej stopy na trawie po długiej zimie, jak położenie dłoni na leśnym mchu, jak smak pierwszej wiosennej poziomki.
I to wrażenie jest tak silne, bo nadbudowane całą tą drogą do „ołtarza”; przez las, piaskiem, ściółką, wśród drzew, traw, wydm.
Na żadnym innym wybrzeżu tego nie doświadczyłam.
Wybrzeża, które przychodzą mi na myśl są obok ruchliwych dróg – w Tel Aviwie na przykład jest świetna plaża, ale tuż przy głównej drodze, naprzeciwko której są apartamentowce. Pomijam już kwestię krążących patroli policyjnych, przeszukujących każdy „podejrzany” plecak.
Greckie plaże także są pourywaną, często kamienisto-skalistą linią brzegową, blisko dróg i hoteli.
I cóż z tego, że jest tam morze z górami? Te góry to makia – są piękne w kwietniu, maju, ale szybko wypala je słońce. Nie sposób po nich chodzić.
Moim zdaniem nie mogą konkurować z polskim nadmorskim krajobrazem.
Być może dlatego polskie wybrzeże działa na mnie tak silnie — nie jako miejsce, do którego się dociera, ale jako przestrzeń, w którą się wchodzi stopniowo, przeżywa, aż człowiek staje się jej częścią.
Czy przeraża mnie perspektywa sztormiaka? Nie przesadnie.
„Dni w Nieborzu dzielą się na dni pogodne i niepogodne. W pogodne dni wszyscy siedzą na plaży, w niepogodne w kawiarni (…).”
(Adam Bahdaj, Kapelusz za sto tysięcy)
Na polskim wybrzeżu jest co robić; zwiedzać ciekawe miejsca; te zadaszone i otwarte, dojeżdżać do nich na rowerze pięknymi ścieżkami, prowadzić życie tawerniano-kawiarniane, wdychać jod przemierzając kilometry plaży, oraz zapach mokrego lasu i morza, które staje się jeszcze bardziej surowe i obecne.
Mam takie marzenie, które prawdopodobnie nigdy się nie spełni: chciałabym spędzić w opuszczonej, surowej latarni morskiej czas….jakiś. Taki z noclegami, odcięta od świata, Internetu – czuję, że napisałabym tam życiowy bestseller!
Czy pamiętacie moment „pierwszego zobaczenia” morza?
Czy macie swoje ulubione miejsca nad morzem? Dlaczego właśnie te?
A może to nie Bałtyk, a inne wybrzeża świata?
Szukam miejsc odludnych, nietypowych, dzikich i pięknych – polecicie coś?
Podzielcie się. Ten post zajął mi trzy i pół godziny – to były dobre trzy i pół godziny totalnego rozmarzenia i wspomnień – jeśli to doceniasz, możesz postawić mi kawę; nie dostaniesz paragonu grozy! Zobacz, jak tanio ;- )
Więcej zdjęć znajdziecie tutaj – FB.
Dobrego dnia!

[1] Cytat z książki Nikosa Kazantzakisa „Grek Zorba”.
[2] Ew. Mateusza 7, 24-27