Duchową krainę Dzikiej Kobiety na przestrzeni dziejów plądrowano i palono, jej kryjówki równano z ziemią, a naturalne cykle podporządkowywano sprzecznym z naturą rytmom, po to, by zadowolić innych.
Biegnąca z wilkami (Clarissa Pinkola Estes)
Zaufanie do siebie nie jest czymś, z czym większość z nas – zwłaszcza kobiet – dorasta. Uczymy się raczej czegoś odwrotnego — żeby sprawdzać, porównywać, upewniać się, czy dobrze wyglądamy w cudzych oczach, czy nasze decyzje mieszczą się w oczekiwaniach innych. Z czasem ten zewnętrzny szum staje się tak głośny, że własny głos zaczyna być ledwie słyszalny.
Potem zostają tylko żarty na temat „kobiecej intuicji”. Ale ona jest; ukryta, głęboka i gotowa służyć ścieżką.
Jak pisze Clarissa Pinkola Estés, kobiety przez pokolenia były odcinane od swojej naturalnej dzikości, od instynktu, który prowadzi je bez mapy. Nic dziwnego, że tak łatwo zaczynamy przeglądać się w cudzych lustrach i gubić siebie po drodze. Dlaczego tak się dzieje?
Przez większość historii przetrwanie kobiety zależało od przynależności. Bycie odrzuconą przez grupę nie oznaczało samotnego weekendu i kilku trudnych emocji — oznaczało realne zagrożenie życia. Brak ochrony, brak zasobów, brak wsparcia przy wychowaniu dzieci. W takich warunkach „dopasowanie się” nie było słabością ani brakiem charakteru. Było strategią przetrwania.
Instynktownie więc uczyłyśmy się czytać innych szybciej niż siebie. Wyłapywać sygnały, nastroje, oczekiwania. Korygować swoje zachowanie, zanim pojawi się ryzyko odrzucenia. Lepiej było zaufać temu, co mówi grupa, niż temu, co podpowiada coś nieuchwytnego w środku — bo grupa zwiększała szanse na przeżycie, a intuicja nie zawsze była „bezpieczna społecznie”.
To przymilne naginanie się do innych zdarza, się często, kiedy kobiety rozpaczliwie się lękają, że zostaną poskromione albo że okażą się zbędne.
Biegnąca z wilkami (Clarissa Pinkola Estes)
Problem w tym, że ten mechanizm nadal w nas działa, choć świat się zmienił. Nadal gdzieś pod skórą siedzi przekonanie: jeśli będę „za bardzo sobą”, mogę zostać wykluczona. Jeśli się dostosuję — zostanę. Będę bezpieczna = przetrwam.
I właśnie dlatego tak łatwo oddajemy ster w ręce innych. Nie dlatego, że nie mamy intuicji, tylko dlatego, że przez pokolenia uczono nas, że jej słuchanie może kosztować nas zbyt wiele.
Jednak dziś ta cena wygląda inaczej. To już nie jest fizyczne przetrwanie — to raczej powolne odcinanie się od siebie. I może właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwe pytanie: czy nadal warto być lojalną wobec starego mechanizmu, który kiedyś chronił życie — ale dziś odbiera coś równie ważnego?
(…) Uświadamiamy sobie, że kiedy jesteśmy po prostu sobą, inni często wyrzekają się nas, ale kiedy ulegamy innym, to my wyrzekamy się samych siebie.
Biegnąca z wilkami (Clarissa Pinkola Estes)
Im dłużej chodzimy po tym świecie, tym wcale nie jest lepiej. Można pójść o krok dalej i nazwać kolejny poziom tego odłączenia — wychowanie, które zamiast wzmacniać wewnętrzny kompas, uczy przekierowywać zaufanie na zewnątrz. Na przykład przez porównania w szkole; kto ma lepsze oceny, kto szybciej czyta, kto jest „grzeczniejszy”. Zamiast pytać: co ja czuję, co mnie ciekawi, co jest dla mnie ważne, zaczynamy patrzeć na boki. Uczymy się kalibrować siebie według cudzych wyników, cudzych reakcji, cudzych standardów. I to działa — dostajemy nagrody, uznanie, poczucie przynależności. Ale za wysoką cenę: kiedy przez lata porównujesz się z innymi, twój własny punkt odniesienia zaczyna zanikać.
W międzyczasie pojawiają się znawcy nas. Różnej maści influencerki, z których każda „wie lepiej” — jak powinnaś wyglądać, co nosić, jak dbać o ciało, co jest teraz pożądane. Pokazują gotowe odpowiedzi, gotowe estetyki, gotowe wersje życia, które najczęściej kreują na potrzebę chwili, ale których same się nie podejmują. Paradoksalnie, tworzą klony.
A wtedy zaufanie do siebie znów przesuwa się na zewnątrz. Bo zamiast zapytać: czy ja się w tym dobrze czuję?, pytasz: czy to wygląda tak, jak powinno?
I tak kobieto znikasz.
Żywa kobieta obumiera w ogniu nienawiści do samej siebie, bo kompleksy gryzą dotkliwie i przynajmniej przez jakiś czas skutecznie odstraszają od życia lub satysfakcjonującej pracy. Mijają lata, a kobieta nie idzie naprzód, nie uczy się, nie dowiaduje niczego, niczego nie osiąga, nie podejmuje wyzwań, nie staje się kimś.
Biegnąca z wilkami (Clarissa Pinkola Estes)
Jest jeszcze jeden poziom, na którym uczymy się nie ufać sobie — bardziej subtelny, bo ubrany w język wartości, dobra i jasno ukazujący ścieżkę „właściwego życia”.
W wielu domach, świadomie lub nie, przekazywana jest myśl zakorzeniona w tradycji chrześcijańskiej: że ludzkie serce bywa zwodnicze, że nie można mu w pełni ufać. W Biblia padają słowa: „Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne” (Jer. 17, 9-10) — zdanie, które dla wielu staje się czymś więcej niż metaforą. Staje się zasadą.
Jeśli dorastasz z takim przekazem, zaczynasz traktować swoje odczucia jak coś podejrzanego. Intuicja nie jest przewodnikiem — jest ryzykiem, w dodatku czymś zwierzęcym, czyli brudnym, nieuduchowionym, sprzeciwiającym się jedynej słusznej Sile i Mądrości.
Emocje nie są informacją — są czymś, co trzeba filtrować, kontrolować, korygować. I znów: zamiast skierować uwagę do środka, uczysz się patrzeć na zewnątrz, szukać potwierdzenia, upewniać się, czy to, co czujesz, jest w porządku.
I właśnie z tego miejsca wyrasta napięcie, o którym pisał Carl Gustav Jung — między tym, co narzucone, a tym, co przeżywane. Bo jeśli wszystko, co prawdziwe, ma przychodzić z zewnątrz, to co zrobić z tym, co nie daje się uciszyć w środku?
Utrata bądź zamieranie instynktu często są aprobowane przez otaczającą nas kulturę, a nierzadko przez inne kobiety, które już wyzbyły się instynktu, by znaleźć akceptację w społeczeństwie nie znajdującym miejsca dla kobiet żyjących w harmonii z naturą.
Biegnąca z wilkami (Clarissa Pinkola Estes)
Taki układ bywa dla niektórych bardzo korzystny. Bo człowiek, który nie ufa sobie, łatwiej oddaje ster komuś innemu — autorytetowi, instytucji, zasadom interpretowanym przez innych. W takiej rzeczywistości to nie ty decydujesz, co jest prawdą, tylko ktoś mówi ci, jak masz ją rozumieć. I trudno nie zauważyć, że dla części środowisk — także niektórych duchownych — to oznacza realną władzę i wpływ.
No dobrze — tylko jak właściwie wraca się do tego głosu, skoro przez lata był zagłuszany?
Nie da się włączyć intuicji jednym ruchem. To raczej proces odkopania tego, co zostało zepchnięte do środka — często dlatego, że było niewygodne, nieakceptowane. To coś, czemu na nowo trzeba nadać najwyższy priorytet.
Ten wewnętrzny głos bardzo rzadko brzmi jak pewność. Na początku częściej przypomina coś kruchego, niejasnego, czasem sprzecznego z tym, czego się nauczyłaś. Powiedziałabym, że ten proces powracania do słuchania siebie składa się z kilku elementów:
– Za każdym razem, kiedy stoisz przed decyzją (nawet małą), złap się na pierwszej reakcji:
czy ja tego chcę, czy to dobrze wygląda?
Nie zmieniaj od razu wyboru — najpierw zauważ, jak szybko uciekasz do zewnętrznego punktu odniesienia. To jest ten stary mechanizm.
– Zadawaj sobie jedno pytanie — bez negocjacji
Nie „co powinnam”, ale:
czy ja tego naprawdę chcę?
Pierwsza odpowiedź się liczy. Nie ta dopracowana po analizie, tylko ta, która pojawia się natychmiast — nawet jeśli niewygodna.
– Nie zaczynaj od rewolucji życiowych. Zacznij od prostych sytuacji:
W co się ubrać (bez sprawdzania trendów, jak NAPRAWDĘ masz ochotę spędzić weekend lub wakacje, czy masz ochotę się z kimś spotkać czy tak w głębi serca wcale nie.
– Zostaw przestrzeń na ciszę
Nie chodzi o medytację, ale o 10–15 minut dziennie bez bodźców: bez telefonu, podcastu, muzyki.
Na początku będzie duży dyskomfort. To normalne — przez lata zagłuszałaś ten kanał.
– Zapisuj to, co przychodzi „znikąd” Myśli, zdania, impulsy. Bez oceniania. W ogóle polecam prowadzić dziennik – jest swoistą autoterapią, pomaga spojrzeć w głąb siebie z perspektywy czasu.
– Zrób jedną rzecz wbrew „powinnam” dziennie
Małą.
Nie oddzwaniaj od razu. Powiedz „nie”, kiedy zwykle mówisz „tak”. Ubierz coś, co ty lubisz, a nie co „pasuje”.
To nie jest bunt dla zasady. To jest odbudowywanie mięśnia decyzyjnego.
– Kluczowe: Przygotuj się na dyskomfort.
Kiedy zaczniesz słuchać siebie, pojawi się lęk:
- że ktoś cię nie zaakceptuje,
- że robisz źle,
- że „przesadzasz”.
- że spotkasz się z niezrozumieniem
To nie znak, że zbłądziłaś. To znak, że wychodzisz poza stary schemat przetrwania.
Tak naprawdę wiesz, tak w środku czego potrzebujesz. Odpowiedź już jest w tobie.
– Odróżniaj intuicję od lęku.
Intuicja jest cicha, spokojna, konkretna, nie robi efektu „wow”.
Lęk to często zapętlone , nielogiczne myśli, pełne katastroficznych scenariuszy. Lęk zawsze kieruje się na zewnątrz („Jak inni to dobiorą?”, „Czy mnie nie odrzucą?”).
Jeśli coś w tobie mówi spokojnie „nie rób tego” — to warto sprawdzić.
Jeśli krzyczy „wszystko się zawali!” — to raczej stary system alarmowy.
Powiem na koniec: to POWINNO się zawalić, zburzyć tę ścianę, za którą są twoje zasoby. Tylko wtedy, gdy „stare rzeczy przeminą”, odzyskasz dostęp do tych zasobów, które były tam od zawsze – zanim uwierzyłaś, że nie możesz sobie ufać.
Na dnie studni w psychice wielu kobiet tkwi charyzmatyczna twórczyni, miłośniczka prawdy, dalekowzroczna istota, która potrafi mówić o sobie bez fałszywej skromności, która potrafi spojrzeć na siebie, nie kuląc się tchórzliwie, która wciąż doskonali swe dzieło.
Biegnąca z wilkami (Clarissa Pinkola Estes)
A Ty Kobieto, czy pamiętasz moment, w którym przestałaś słuchać siebie, a zaczęłaś bardziej słuchać głosów z zewnątrz?
Gdyby nikt nie miał Cię ocenić — jak wyglądałoby Twoje życie teraz?
Czy potrafisz rozpoznać, kiedy działasz z siebie, a kiedy z potrzeby akceptacji?
Zadaj sobie te pytania.
Jeśli doceniasz treści, które tworzę, możesz postawić mi kawę. Dzięki i do zaś!


