Poniedziałek szóstego

 

Stojąc na przeciwpowodziowym wale, wpatrzona w nurt, zdałam sobie sprawę, że – mimo wszelkich niebezpieczeństw – zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość; że znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś – będzie trwało nawet wiecznie.

(„Bieguni” – Olga Tokarczuk)

 

 

 

Dzień chyli się ku końcowi – obserwuję zachód słońca nad stawem między zieleniącymi się drzewami i myślę sobie: Panta rhei – wszystko płynie. Patrząc na to samo słońce doznaję jednocześnie ukojenia, bo myślę sobie: Słońce zawsze wschodzi i zachodzi. Choćby nie wiem co; choćby benzyna kosztowała 50 złotych za litr, choćby pozamykali wszystkie szpitale, i mimo wybuchającej kolejnej wojny, mimo afery takiej czy innej, zmiany klimatu – słońce zawsze wzejdzie i zajdzie we właściwym miejscu. I to jest pokrzepiające.

 

Są jednak zmiany nieuchronne, gdzieś hen … majaczące na horyzoncie, jeszcze nie zakotwiczone, nienazwane z angielska, ale i takie, które już dawno przyszły, weszły do naszych domów i zajęły należne im miejsce, a my uparcie udajemy, że ich nie ma. W naszych głowach one nie mają prawa zaistnieć, zostać ożywione i zaakceptowane, bo „Tak zostaliśmy wychowani”, bo „Tak się robi”, „Zawsze się tak robiło”.

 

Taka refleksja przyszła mi wraz ze świętami. Tymi i innymi też.
Wczoraj po śniadaniu pojechaliśmy na lokalną Kozią Górę – a tam całe mnóstwo ludzi. Nie inaczej jest w Boże Narodzenie; pamiętam nawet takie spędzone na rolkach, nad zaporą w Zabrzegu!
Obecnie dużo ludzi decyduje się spędzać święta gdzie indziej, poza domem. Inaczej niż siedząc, jedząc i oglądając telewizję i uważam, że… to jest wspaniałe. Jednocześnie to znak naszych czasów. Dlaczego?

Gdy byłam dzieckiem, znałam mnóstwo ludzi pracujących to w fabrykach, to na gospodarstwie. Mijając się, składając sobie życzenia świąteczne, ci nasi sąsiedzi i sąsiadki kwitowały: Święta, to sobie człowiek w końcu usiądzie i odpocznie!

Czasem czytam raporty, jak dziś Polacy spędzają wakacje. Okazuje się, że coraz więcej z nas chce połączyć urlop z jakąś aktywnością; trekking, rowery, warsztaty kulinarne. Wakacje nie kojarzą nam się już z dwutygodniowym pobytem w ośrodku wypoczynkowym, podczas którego spędzamy każdy dzień w tym samym miejscu, wylegując się na plaży.

 

 

 

Odwrócenie

 

 

 

Dzisiaj sytuacja się odwróciła: całe mnóstwo ludzi ma pracę siedzącą, mało kto prowadzi gospodarstwo i naturalną potrzebą człowieka stał się ruch. Ci bardziej świadomi – a jest nas coraz więcej – szukają okazji do aktywności fizycznej, jakiejkolwiek; spacer, wypad w góry, kijki, rower. Bo siedzenie mamy na co dzień. Siedzenie jeszcze w święta w imię…właściwie nie wiadomo w imię czego i objadanie się kolejną porcją węglowodanów nam po prostu nie służy i my to coraz bardziej wiemy.
Jestem mega szczęśliwa widząc aktywnych rodziców z dziećmi na rowerach, kajakach, wycieczkach górskich – to zaprocentuje na przyszłość i wierzę, że o ile te dzieci będą mieć miłe wspomnienia z tych wypadów, chętnie będą je kontynuować w późniejszych latach.
Przez tyle lat byliśmy zapatrzeni w Amerykę i jej niezdrowy sposób życia – wierzę, że nadchodzi era brania dobrych wzorców z krajów skandynawskich.

Czy widzieliście już video, memy, w których „starszyzna rodu” ignoruje streamingową pracę „młodych-dorosłych” mimo że ci zarabiają  miesięcznie setki tysięcy złotych? Jeśli nie, Sołtys Lubelszczyzny Wam pomoże  ;- ) 

 

I mnie trudno było wyjść z takiego toku myślenia. Ilekroć słyszałam, że ktoś para się pracą gamingową, streamingową lub równie „niepoważną” myślałam zawsze katastroficznie:
No, a co jeśli będzie blackout i im te internety powyłączają? Co wtedy będą robić?
I wtedy uświadomiłam sobie, że jestem w identycznej sytuacji! Przecież od lat prowadzę zajęcia językowe online i nie wyobrażam sobie już innej formy! Zatem będę w takiej samej sytuacji jak wszyscy streamerzy, a właściwie znacznie gorszej, bo oni przynajmniej zarobią na swojej pracy krocie i zabezpieczą się na przyszłość (o ile będą na tyle logiczni, by mieć zapas gotówki, hie hie hie…).

Zmieniłam swoje myślenie. Świat się zmienia cały czas i powiedzcie mi, czy wyobrażacie sobie obecnie swoje życia bez androidka czy smartfonka? Chcielibyście pisać odręczne listy? Myć wszystkie naczynia ręcznie? Nie golić nóg? Umierać masowo na grypę, pić fusiastą kawę (która negatywnie wpływa na serce), a wreszcie: nie mieć szans dowiedzieć się, że kobiety po czterdziestce powinny zmienić dietę na przewagę białkowej, a ćwiczenia na oporowe zamiast kardio? Że psychiatra to taki lekarz jak każdy inny, że zdrowie należy pojmować holistycznie, a nie partiami?
To wszystko mamy dziś dzięki czyjemuś niesztampowemu myśleniu w przeszłości.  A każda przyszłość tak naprawdę zaczyna się dziś.

 

 

 

„Bo w niedzielę zawsze jest rosół”

 

 

Poruszam ten temat, ponieważ wiem, ile rodzinnych konfliktów powstaje z nierozumienia i / lub nieakceptacji czyjegoś stylu życia.
Bo kiedy ktoś mówi: „Nie przyjadę na święta”, „Idziemy w góry zamiast siedzieć przy stole”, „Zamówię catering zamiast gotować trzy dni” – to nie chodzi tylko o rosół czy sernik. Chodzi o coś znacznie głębszego. O lęk, że coś się kończy, że znika znany nam porządek. Że rozluźnia się coś, co przez lata trzymało rodzinę razem.

A przecież… to też jest tylko zmiana.

Nie każda niedziela musi wyglądać tak samo, żeby była dobra. Nie każde święta muszą być kopią tych sprzed dwudziestu lat, żeby były „prawdziwe”. Relacje nie mieszkają w garnku z rosołem ani w kolejności podawania dań. Mieszkają w uważności, w rozmowie, w byciu razem – nawet jeśli to „razem” wygląda dziś inaczej.
Nie mamy już identycznych potrzeb jak trzydzieści lat temu tak samo jak nie ma już takiego samego słownictwa, sprzętu domowego, charakteru pracy – nie próbujmy ożywiać trupa, bo z tego może powstać tylko kolejna religia – sztuczny twór.

Może więc zamiast kurczowo trzymać się formy, warto zapytać: co tak naprawdę chcemy zachować? Co jest nam potrzebne do dobrostanu? (uwielbiam to słowo).

Jest w tym jeszcze jedna warstwa, o której rzadko mówimy wprost. Od najmłodszych lat uczy się nas, że to młodsi  mają się dostosować.
Do zasad, do zwyczajów, do tego „jak się robiło zawsze”. Nie denerwować babci, nie robić przykrości rodzicom, zawsze ustępować, zawsze … udawać. Udawać do skutku – aż nie przyjmą starej schedy. I wtedy oni będą się obrażać, oburzać, że młodsi od nich nie … odpowiadają na ich własny lęk.
Jak dzieci, którym kiedyś powtarzano: „Dzieci i ryby głosu nie mają”. Tyle że te „dzieci” mają własne życie, własne potrzeby, własne sposoby przeżywania świata. To dlatego przeżywały nastoletni bunt – bardzo potrzebny etap życia – by się usamodzielnić, wyodrębnić i zacząć prowadzić je na swoich zasadach, zdobywać własne doświadczenia.  
Tymczasem po latach znów muszą się układać na starych zasadach, przy stole ze śledziem i nieśmiertelną sałatką jarzynową.

 

A to właśnie oni – ci młodsi, dzisiejsi trzydziesto-, dwudziesto-, nastolatkowie – będą za chwilę tworzyć społeczeństwo. To ich wybory, ich nawyki i ich sposób myślenia staną się nową normą. Naturalne więc, że próbują układać rzeczy po swojemu. Nie zawsze przeciwko – często po prostu inaczej, bo mają inny świat niż pokolenia wcześniej. Inne możliwości, inne zagrożenia.

Może więc ten opór, który czujemy, nie wynika tylko z przywiązania do tradycji, ale też z trudności w oddaniu przestrzeni? W uznaniu, że świat nie należy już wyłącznie do „naszych zasad”. I nie, nie popełniliśmy błędu, nie okazaliśmy się głupi – mieliśmy po prostu inne myślenie, inne możliwości, bo kształtowaliśmy się w innych czasach.

Przy wspólnym, świątecznym stole powinno być miejsce dla babcinego sernika i jedzenia z cateringu. Dla karpia i dla sushi. Dla „Kevina samego w domu” oglądanego całą rodziną w święta i dla wypadu we dwoje na Malediwy.

Dawajmy sobie nawzajem przestrzeń do tego, aby każdy sam mógł nadawać znaczenie rzeczom. Nie gwałćmy się jak w starych (nie)dobrych czasach.

„Nie wlewa się młodego wina do starych bukłaków” [1]

Bo

„To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe”[2]

 

Zgadzacie się? Czy odnajdujecie się w czasach obecnych, czy tkwicie w przeszłości? Dajecie innym żyć?
Podzielcie się w komentarzach, a dla zasady podpowiem: Można mi postawić kawę – taką bez fusów.

 

 

 

 

 

 

[1] Mt 9,17, Mk 2,22, Łk 5,37 Biblia

 

[2] 2 Kor 5,17 Biblia