Istnieje pokój, który można znaleźć tylko w samotności.
Siedziałam w autobusie w drodze do domu. Zastanawiałam się, co się w nim zmieniło; czy koty urosły? Jak zmienił się ogród? Czy mąż już zgłosił zaginięcie na policję? Czułam się jakbym uciekła z domu, a teraz pokornie do niego wracam, bo jakiś plan nie wypalił.
Gdy dotarłam i znalazłam się w pobliskim lasku, przyśpieszyłam, bo chciałam wreszcie nacisnąć na klamkę furtki! Poczułam niezwykłą ulgę, kiedy ta chwila nadeszła. Wchodziłam po schodach i gdy otworzyłam drzwi naszego domostwa, poczułam jego zapach – czuję go w innych domach, bo każdy dom czymś pachnie, pachnie inaczej. Ale swojego domu się nie czuje – no chyba, że długo się w nim nie było. Mnie nie było tu przez długie cztery godziny!
Są na tym świecie ludzie – i sądzę nawet, że jest ich dużo oraz coraz więcej – którzy nie są zadowoleni, gdy muszą opuszczać dom – z różnych powodów, choćby wychodząc do pracy. Ja jestem takim ludziem.
Przez lata zasypiając marzyłam, by nadszedł taki czas, w którym nie musiałabym wychodzić z domu w celach zarobkowych. i dziś mogę rzec: Uważaj o czym marzysz! Pandemia spełniła moje marzenie. Od niemal sześciu lat w ogóle nie „wychodzę do pracy” – po prostu przechodzę do drugiego pokoju i odpalam komputer. Zmieniło się dużo w moich szafkach; kupuję mało ubrań „wyjściowych” bo po prostu dziewięćdziesiąt procent czasu spędzam w domu – potrzebuję więc wygodnych, domowych ubrań, które dominują moją szafę.
Po powrocie do domu zdejmujemy buty nie tylko dlatego, by nie pobrudzić podłóg, ale również by okazać zaufanie, że wkraczamy w przestrzeń życzliwą dla nas. By rozprostować palce u stóp. Zrzucając buty, pokazujemy bardziej intymny obraz siebie, przetarte skarpety, szorstkie pięty. Pozbywamy się pełnego rynsztunku przez szacunek dla bezpieczeństwa, którego dostarcza dom.[1]
Pierwszą rzeczą, jaką robię po wejściu do naszego sanktuarium, zaraz po umyciu rąk, to zdjęcie skarpetek. Tylko bosa czuję, że żyję. Skarpetka jest czymś, co należy do zewnętrza, co przypomina mi o mniej lub bardziej przymusowych oddaleniach, o masce, którą zakładam by konfrontować się ze światem. Dom jest na boso – tu mogę być całkowicie sobą. Tu oddycham całym ciałem, zapuszczam korzenie, uziemiam się.
Kocham być w domu – tam najgorsza praca jest lepsza niż jakakolwiek inna. Lubię też wyjeżdżać – głównie po to, by wracać.
To, że jestem w domu nie znaczy, że siedzę zamknięta w budynku. „Dom” to również ogród i las, w którym lubię przebywać.
Co oznacza, gdy nie lubisz wychodzić z domu? Gdy unikasz spotkań towarzyskich, gdy nie marzysz o podróżach, ale marzysz o pozostaniu w domu?
Niektórzy mówią, że ludzie w domach dziczeją. Tylko, co to znaczy? To należałoby ustalić. Ja zaryzykowałabym stwierdzenie, że w domu mogą wreszcie być sobą.
Są na tym świecie ludzie tacy „do wewnątrz”. Obchodzą swoje święto 2 stycznia – w Światowy Dzień Introwertyka.
Ludzie skierowani energią „do wewnątrz” traktują swój dom jako bastion bezpieczeństwa psychicznego. Tam ładują baterie, rozkwitają, niczym nieskrępowani tworzą. To dusze, które po prostu postanowiły zamieszkać w sobie zamiast szukać świata. Dom pomaga im odpowiedzieć na pytanie: „Kim jestem kiedy nikt nie patrzy?” – w drodze do samych siebie, czyli najważniejszej życiowej podróży.
Każda podróż samopoznania wymaga ciszy, samotności i czasu.
Bywają w życiu człowieka takie etapy, kiedy powstaje w nim wewnętrzny przymus pozostawania w domu. I jest to kluczowy moment na drodze integracji człowieka.
Według psychoanalizy dom to symboliczne łono psychiki. Carl G. Jung pisał (m.in. w książce „Człowiek i jego symbole”) że dom w snach i wyobrażeniach reprezentuje całość osobowości, a różne piętra = różne poziomy świadomości.
Typowe znaczenia:
parter – codzienna świadomość, ego
piwnica – nieświadomość, instynkty, cień
strych / górne piętra – myśli, duchowość, idee
zamknięte pokoje – wyparte treści
nowe pomieszczenia – rozwój psychiczny
On osobiście zbudował wieżę w Bollingen, którą opisywał jako materialny obraz swojego wnętrza, miejsce ciszy, rytuału i kontaktu z nieświadomością, „kamienny zapis” zachodzących w nim duchowych procesów,
To był dla niego realny odpowiednik sanktuarium psychicznego.
Niektórzy powiadają: Wyjdź z domu, w domu się umiera!
I powiedziałabym: Tak! Ale tylko po to, by narodzić się do nowego życia. Ten etap jest potrzebny jak kokon dla motyla. Jest to pożądana śmierć – zapoczątkowuje nowe, pełniejsze życie.
W domu może zacząć dokonywać się prawdziwy rozwój osobisty – a ten wg Junga nie polega na tym, by budować coraz to nowe maski, ale by nauczyć się je sukcesywnie zdejmować.
W domu to jest możliwe – to bezpieczna, wolna przestrzeń w tym procesie. Od domu można go rozpocząć.
Socjalizacja, w którą wpadamy już we wczesnym dzieciństwie kształtuje w nas personę — maskę konieczną do życia w świecie, ale jednocześnie oddala nas od tego, kim jesteśmy naprawdę. Zatem przebywanie w domu to powrót do samego siebie – do własnego wnętrza. Po takim „wewnętrznym resecie” powrót do ludzi może być pełniejszy, mniej przymusowy, bardziej autentyczny.
W domu odnajdujemy siebie i przygotowujemy się na nowe życie – tu zaczyna się prawdziwa przemiana – bo ta zawsze odbywa się we wnętrzu zgadzasz się?
Dajcie mi czas.
Jeszcze zostanę w domu, tu się pokrzątam,
znajdę moim myślom szuflady i kąty.
Tu mnie uziemi puchaty dywan,
tu zastygnę na chwilę, rozprawię się
z moimi cieniami.
Jeszcze nie przyjmuję gości,
odgradzam swój rewir kadzidłem.
Tu jest mój limen, tu się przemrażam,
przegryzam.
Jeszcze do was wyjdę, lecz najpierw
muszę wyjść do siebie. [2]
Kawka w domu? Zapraszam.
[1] Oczarowanie. Jak odzyskać zauroczenie światem (Katherine May)
[2] Iwona Srokol, 20.08.2025


