Co by było, gdybym choinkę wieszała tuż pod sufitem, a jako prezenty rozdawała szczodraki? Boże Narodzenie znamy dziś jako jedno z najważniejszych świąt chrześcijańskich, ale pod jego warstwami kryje się coś starszego i bardzo swojskiego. Gdyby zajrzeć głębiej — tam, gdzie noc jest najdłuższa, a ogień ma chronić przed ciemnością — można by odnaleźć ślady dawnych słowiańskich obrzędów. Spróbujmy więc wyobrazić sobie, jak mogłoby wyglądać to świętowanie, gdybym była Słowianką sprzed wieków…
„Szczodre Gody idą, trzeba nagotować kaszy i kapusty, w końcu rodzi się bóg!” – myślę w długie, grudniowe popołudnia w moim obejściu. Jak co roku, gdy światło jest tuż od przebicia się i poprowadzenia ludzi znów ku większej jasności, planuję wypiek szczodraków, którymi obdaruję kolędników śpiewających o pomyślności i zdrowiu dla mojego domostwa.
Ale najpierw Szczodruszka tudzież Szczodry Wieczór – 21 grudnia; nie dlatego, że ktoś wpisał go w kalendarz, ale dlatego, że ziemia sama daje znak: dalej już ciemniej nie będzie. Od tej nocy światło zacznie powoli wracać, krok po kroku, odzyskując swoją moc rodzi się bóg Słońce.
Wszyscy przy stole dzielą się chlebem – okrągłym kołaczem – niczym ręką wyciągniętą na zgodę oraz aby pamiętać, że nikt zimy nie przetrwa sam. Jest też 12 potraw na dwanaście miesięcy obfitości złożone z darów natury; kaszy, grzybów, miodu, ryb i maku. Robię z nich kutię – potrawę ważną, magiczną, łączącą światy. Mamy też gotowany susz; śliwki, jabłka, gruszki suszone nad paleniskiem.
Na stole nie ma mięsa – bo ono pochodzi z zabijania, gwałtownej śmierci, obfituje w krew– a Szczodre Gody to noc rytualnej czystości. Potrawy godowe muszą pochodzić z trzech świętych sfer; wody, lasu i pola.
Przy stole jest nastrój cichy, niemal sakralny. Nikt nie wstaje od stołu – w przeciwnym razie może sprowadzić na siebie zły los i pominąć się w przyszłym roku, a to sprawi, że zabraknie go podczas następnych świąt.
Czy przeżyjemy kolejny krok, czy dotrwamy do zimy? W tym pomogłyby nam wróżby – na przykład wyciąganie źdźbła słomy spod obrusu; im dłuższa i bardziej prosta, tym większa pomyślność w nadchodzącym roku. Dlaczego słoma? Bo słoma łączy życie i śmierć; na niej rodziły się dzieci i na niej umierali starcy. To ona była nośnikiem pokarmu – zbóż.
A ci, którzy odeszli, nasze dziady? Szczodrego Wieczoru zagrzewają się w cieple domowego paleniska, gdzie czekało na nich miejsce przy stole, tudzież przy ogniskach rozniecanych na pobliskich miejscach pochówku.
Chlebem dzielimy się też ze zwierzętami, bo w tę jedną noc one są nam równe.
Stołu nie sprzątamy – dla tych, którzy są „niewidzialni”; uczta żywych się kończy, uczta zmarłych się zaczyna.
W moim domu są wszelakie symbole natury i jej witalności; kuzynka ze Śląska ma snop siana zwany diduchem (pierwszym lub ostatnim snopem zboża zebranym podczas żniw) który symbolizował ucieleśnienie duchów opiekuńczych rodu, a ja –również na południu – mam zawieszoną pod sufitem podłaźniczką; gałązkę iglastego drzewa lub ściętego czubka iglaka, który dekoruję, a która symbolizuje niezłomność natury niepoddającej się zimie.
Kolędników muszę ugościć – inaczej przywloką nieurodzaj lub jakieś inne nieszczęście. Jest z nimi dużo śmiechu i hałasu, a najbardziej zajmujący jest Turoń – czarna, rogata bestia o wielkiej paszczy. Gdy w pewnym momencie Turoń pada na ziemię udając martwego (a odgrywa w każdej chacie ten sam spektakl) biesiadnicy cucą go, przywracając do życia. Gdy zaczyna wierzgać i skakać, mówi tym gestem: Przyroda znów obudzi się do życia, już niedługo!
A póki co? Czeka nas kilkanaście dni świętowania! Czemu tak długo? Bo przesilenie nie jest punktem, tylko procesem.
Szczodre Gody, które nasi wschodni bracia nazywają Koljedą, kończymy początkiem stycznia – około szóstego.
I tak oto czas Szczodrych Godów dobiegał stopniowo końca . Śpiewy cichły, Turoń odchodził do lasu, a podłaźniczka wciąż witała powracające słońce. Dziady znikały wśród dymu z paleniska, a ziemia, choć zimowa, czuła w sobie puls życia. Chleb i szczodraki zniknęły ze stołu, ale magia nocy nie gasła — w powietrzu unosiła się witalność lasu, szept przodków i obietnica, że światło wraca każdego dnia coraz odważniej. I choć nikt tego nie widział, gdzieś między gwiazdami a szronem na polach, starzy bogowie uśmiechali się do nas, bo w sercach ludzi nadal tliła się ta sama szczodra radość i nadzieja, która od wieków rozgrzewała najdłuższą noc w roku…
