Jeśli ktoś sądzi, że łatwo mnie namówić na coś, co zaczyna się od słowa elektro- i należy do kategorii: technologia, grubo się myli. Kiedy Termomix przeżywał w Polsce drugą młodość, ja nawet przez sekundę nie rozważałam jego kupna. Pozbawiłby mnie całej radości gotowania! A mnie obieranie, siekanie, cięcie i doprawianie najzwyczajniej odpręża. Do tego stopnia, że tak, gotuję obiad codziennie i im więcej ode mnie zależy w tym względzie, tym lepiej.
Gdy więc usłyszałam o kolejnej kuchennej nowince na prąd (tych nienawidzę najbardziej) puściłam to mimo uszu, wracając do obierania marchewki.
Jakiś czas później z nieukrywaną niechęcią słuchałam, jak mój małżonek z wypiekami na twarzy opowiada o „cudzie” kulinarnym, który „ułatwiłby mi życie” – jakbym się kiedykolwiek skarżyła na jego ciężar.
A prawdą jest, że T. słuch ma wybiórczy i gdy tylko usłyszał od innego użytkownika air fryera tagi: „mięso jak kurczak z budki”, a nade wszystko zachwyty nad MIĘSEM, temat air fryera powracał przy każdej okazji – okazję zaś jak wiadomo, można stwarzać samemu do woli.
Nie będę tu tworzyć storytellingu – nabyliśmy air fryera. Ot, poległam. Uległam. Przegrałam.
Zostawiając haiku, a przechodząc do życia prozy mówię, co następuje, a będzie to wyznanie szokujące.
Jestem całkiem zadowolona z tego ustrojstwa. Jego największą zaletą jest łatwość mycia. Ale również, przyznaję: magiczna obróbka mięsiwa. Ba, stwierdzam, że choć nazywa się „frytkownica” to ten wiatropiec – jak go nazwał Paweł Loroch – do mięsa został stworzony.
Rzeczywiście, wszelakie mięsiwo, ryby – wychodzą z niego wspaniałe; dopieczone lecz jednocześnie soczyste (niewysuszone) w środku – a na zewnątrz jak kto chce, ale rzeczywiście, wiatropiec potrafi w „kurczaka z budki” .
Świetne wychodzą też frytki i co rzec – bez tłuszczu. Taka zdaje się była idea owego wynalazku. To znaczy, może ja coś wyjaśnię : frytki domowe, bez tłuszczu to robiłam cały czas, ale w piekarniku. Kropiłam je jedynie oliwą z oliwek, a po wyjęciu posypywałam tymiankiem. I w air fryerze również można tak zrobić i również tyle to trwa. (30 min.)
Niewątpliwą zaletą wiatropieca jest…instrukcja, która wyświetla się na urządzeniu. Piktogramy, zatem nie trzeba znać żadnego języka, tylko umieć odróżnić marchewkę od steka. Po wyborze programu (u nas są 3: air fryer/ szybki piekarnik/ grill) i typu jedzenia, air fryer podpowiada nam temperaturę i czas. Te wartości można też ustawić ręcznie.
Przy opcji fast oven (szybki piekarnik) urządzenie domaga się najpierw preheating czyli wstępnego nagrzewania. Ten proces powinien trwać około 7-10 minut, a potem „pika” żeby włożyć doń to, co chcemy obrobić.
W air fryerze naprawdę dobrze wychodzi ciasto – takie ucierane z owocami jak i biszkopt. Można włożyć ciasto bezpośrednio na papierze do pieczenia lub w foremce – ta okrągła, której ja używam ma średnicę 20 cm.
Nasz air fryer ma pojemność 7 litrów, zatem jest spory – ale można kupić mniejsze.
Jest jeszcze myk, który opatentowałam, a który dotyczy pieczywa – jeśli bułki lub chleb są już „nie pierwszej świeżości” można je schrupczyć – w tym celu wkładam je do urządzenia dosłownie na 2-3 min. na opcję „grill” i po tym czasie są idealnie odświeżone; chrupiące, ale środek na tyle miękki, że nie połamie zębów.
Macie jakieś doświadczenia z wiatropiecem? Przepisy? Triki? Nie wahajcie się podzielić w komentarzu.