Dlaczego nie potrafisz nauczyć się języka obcego

 

 

Od lat zajmuję się nauczaniem języków obcych – i po kilku zajęciach wiem, którzy kursanci skutecznie będą komunikować się w wybranym języku, a z którymi założę „klub miłośników języka”.

 

Rusza jesień; z jednej strony dzieci nadciągają do szkół, z drugiej – dorośli na kursy językowe. W obydwu przypadkach nauczyciele zaczynają pracować na wyższych obrotach. Czy owocnie? Jak się uczyć, żeby się nauczyć?
Uchylę dziś rąbka wiedzy tajemnej, z którą dzielę się już na spotkaniu językowym i to sukcesywnie – bo prawdą jest, że coraz częściej zajmuję się oduczaniem ludzi niż nauczaniem.  Oto dlaczego:

 

 

Szkoła óczy

 

 

Pamiętacie ten post? Jeden z moich ulubionych, przesłanie do narodu! Jeśli go nie znacie, nadróbcie zaległości i wracajcie tutaj.

To po lekturze już wiecie – zostaliśmy skażeni systemem edukacji i tak naprawdę wszyscy nadajemy się na postedukacyjną psychoterapię; funduję ją stopniowo moim dorosłym kursantom.

 

 

Jak (się) wybrać na zajęcia?

 

 

Jesteśmy różni; ekstrawertyczni, introwertyczni, ambiwertyczni, wysoko wrażliwi  i dziś polecam się tym kierować; dopasować spotkania językowe do naszej osobowości. Ja rozumiem na przykład osoby WWO oraz te, które lubią zajęcia stonowane i uważne. Sama taka jestem i przyznaję, taki sposób prowadzenia zajęć (1 na 1) i mnie najbardziej odpowiada.
Gdy wybierzesz już lektora, polecam napisać do niego i jasno określić, na czym Ci zależy i w jaki sposób najskuteczniej przyswajasz języki obce.
Z doświadczenia wiem jednak, że ludzie zazwyczaj nie wiedzą sami, czego chcą i liczą na to, że nauczyciel wskaże im kierunek, wyznaczy cel. To nic złego – po przeprowadzeniu „wywiadu” zazwyczaj da się wypracować wspólną drogę.
To, co musisz odrzucić jako uczący się, to dotychczasowe (szkolne!) przekonanie o sposobie nauki.

 

 

Błędne przekonania na temat nauki języka 

 

 

Gdy na spotkanie językowe zgłasza się nowa osoba, naturalnie oczekuje, że będzie jakaś książka i dużo gadania. No jeśli chcemy dużo gadania, to proponuję książkę z obrazkami. Na temat tego, co wspólnie widzimy, można gadać godzinami!

Drugą kwestią jest oczekiwanie podania wszystkiego na tacy. To ja tu wyjaśnię: Gdy zaczynasz uczyć się tak dzikiego języka jak (angielski! Patrz: wymowa), grecki, hebrajski, mandaryński i Bóg-wie-jaki-jeszcze, jasne, potrzebujesz solidnego wprowadzenia i materiałów zapodanych przez lektora ALE … nauka to research! Naukę zepchnęliśmy do produktu, ale nauka to proces. A najskuteczniej przebiega, gdy kroczysz w nim sam, wspomagany nieco większą wiedzą nauczyciela. To tyle. Język to żywa tkanka, to kultura i otaczający nasz świat – wszystko jest nazwane, po prostu zacznij w naturalny sposób poruszać się po świecie i zamiast „słońce” mówić „aurinko” (fiński) zamiast „kura” mówić „kota” (grecki) a zamiast „uczę się” – „I learn”.
Już tkwisz w rzeczywistości językowej – wystarczy polskie pojęcia przemianować na inny język! Tak, to takie proste. Z lektorem natomiast ustal, czy dobrze je wymawiasz.

Kolejnym błędnym przekonaniem, który pociąga za sobą niesamowitą liczbę ofiar (choć dla lektora to żyła złota) to kursanci, którzy naukę języka ograniczają tylko do tego spotkania z lektorem.
Są kursanci, którzy od pierwszych zajęć mówią mi: „Ale proszę żadnych zadań domowych!” – cóż, rozkładam ręce, kupuję wygodniejszy fotel, bo wiem, że nasze spotkania potrwają… i rzeczywiście trwają latami!

Ci kursanci, którzy sami robią research + zadania domowe, zwykle po roku-dwóch przychodzą już tylko na pogaduszki językowe z własnymi ciastkami i kawą.

Przekonanie czwarte – jesteś po czterdziestce, zatem pora kłaść się do grobu, początki demencji i te sprawy, nie jesteś w stanie uczyć się już tak efektywnie jak kiedyś. Otóż nie. Zauważyłam jedno: do nauki nowych rzeczy, potrzebne jest tylko skupienie i kontekst.

Jeśli uczysz się w kontekście (np. mówisz o ulubionym hobby, swojej rodzinie, sprawie, która cię poruszyła) mózg determinuje się, by móc się wyrazić = zapamiętujesz szybciej i sprawniej.

Podobnie jest ze skupieniem – tu ekstrawertycy mają największy problem; po prostu nie skupiają się na tym, o czym się mówi, nie zapisują, nie wymawiają nowych słów na głos (w kontekście!) i zapominają natychmiast po zajęciach.

SKUPIENIE nie musi być nauką na bezdechu! Skupienie może być emocjonalne, pełne śmiechu, ale uważne.

Problem z nauką nowych rzeczy ma też przyczynę przebanalną: niewysypianie się, zła dieta, używki. Od tego należałoby zacząć, tak po prawdzie.

Błędnym przekonaniem numer pięć jest lęk przed popełnianiem błędów. A to pociąga za sobą jedyną, „słuszną” postawę: „Nie odezwę się, dopóki nie opanuję języka na poziomie A2”. Głupota.

To z kolei pociąga za sobą kolejne przekonanie: „Ten poziom nie jest dla mnie” – co to znaczy? Że na absolutnie pierwszych zajęciach z uporem maniaka będziesz mówić „happy” zamiast na przykład zasłyszanego w filmie i zapamiętanego  „elated” bo to dopiero na poziom za 5 lat?! Otóż język jest żywy i nie pyta o poziom!  Poziomy są w szkole. Zapomnij o ocenach. Podejdź do języka obcego jak do polskiego – po prostu dąż do tego, by ważne dla ciebie rzeczy wyrazić w  innym języku. Ja w wieku 12 lat zaczęłam ze słownikiem w ręku tłumaczyć moje wiersze na angielski – nie znałam tego języka za grosz! Ale mi zależało, bo moje wiersze były dla mnie ważne.

Zauważyłam, że gdy dla moich kursantów jest coś ważnego, uczą się o tym mówić w mgnieniu oka – dopiero później dopytują o szczegóły, które rozwijamy.  W ten sposób mają cały kontekst i ten temat naturalnie się dla nich poszerza.

 

 

Mniej znaczy więcej

 

 

 

Słabo mi się robi, gdy patrzę na podręczniki do angielskiego – nigdy z żadnego niczego się nie nauczyłam! Całej gramatyki nauczyłam się z nudnej, żółtej książki Janusza Siudy „Gramatyka angielska”. Na studiach moją ukochaną książką, stała się Longman English Grammar – L.G. Alexander.

W szkolnych książkach wszystkiego jest za dużo! Mnóstwo wściekle kolorowych boksów ze zdjęciami, tabelkami, nadźganych na małej powierzchni! Ja takiemu czemuś mówię „Nie”. Według mnie, najbardziej przejrzyste są książki minimalne, czarno-białe – robią przestrzeń w naszych mózgach na nowe rzeczy, uspokajają układ nerwowy.

Kolorowe książki z mnóstwem zdjęć i obrazków – tak, pod warunkiem, że są w nich tylko zdjęcia i obrazki.

Nie potrzebujesz również na spotkaniach z lektorem uczyć się 50 nowych słów! Wystarczy 5-10. I praca z nimi w różnych konstelacjach. Serio. Poczujesz się znacznie pewniej z solidnie przerobionymi 5 słowami niż liźniętymi 50. 

Podobnie jest z treściami video – mamy dziś taki wybór, a nie wiadomo, co wybrać! Podpowiem: wystarczą 1-3 krótkie filmiki z Instagrama dziennie. Takie 15-30 sekundowe. Te tworzone z myślą o uczących się języka, są naszpikowane przydatnymi zwrotami, słowami, ciekawostkami.

 

Nie skupiaj się tylko na stricte nauce języka! Pogadaj z lektorem o różnych ciekawostkach danego obszaru językowego – w ten naturalny, interesujący sposób poszerzysz swoją wiedzę, wyobraźnię, a tym samym zyskasz nowy kontekst!

 

 

 

Na koniec rada – nie ucz się języka

 

 

 

Tylko się nim posługuj.
Nie lubię nazywać spotkań z językiem „lekcją”, a siebie ustawiać po drugiej stronie biurka, bo i ja (lektor) i ty (uczący się) tak naprawdę tkwimy w tej samej rzeczywistości językowej  – w otaczającym nas świecie, życiowych sytuacjach, które czasem musimy po prostu wyrazić innymi dźwiękami.

Co o tym sądzisz? Podziel się w komentarzu, a jeśli uważasz ten post za przydatny , postaw mi lektorską kawę.

 

Inne posty językowe: jeden i drugi