– Halo? Chciałabym wziąć urlop na żądanie.
– Przecież to dopiero twój pierwszy dzień w pracy!
– Nie mam zamiaru brać udziału w tej kulturze zapierdolu.
Aniela ma czterdzieści-kilka lat, białe futro i właśnie zaczyna swoją pierwszą pracę, do której nie ma kwalifikacji. Musi utrzymać małą, obleśną klitkę na ponurym blokowisku pełnym byle jakich graffiti i początkujących raperów, marzącym o wybiciu się z rzeczywistości, do której ona właśnie trafiła po tym, jak mąż zostawił ją dla miłości jego życia.
A jeszcze wczoraj Aniela była jak jedna z tych żon z Konstancina, poruszając się w komforcie małżeńskiej posiadłości. I dokładnie w trakcie wernisażu połączonego z bankietem, Aniela zostaje z niczym.
W wyniku kilku błędów, które popełnia „w afekcie” musi opuścić wspomnianą posiadłość i zapomnieć o dotychczasowym życiu, od tej chwili, walcząc o przetrwanie każdego dnia. O mężowskich pieniądzach nie ma mowy, a w grę wchodzi też utrzymanie praw rodzicielskich. Aniela decyduje się zatem na ostateczność: podejmuje pracę zawodową. Gdzie? Uśmiejecie się, zostawiam to widzom.
Blokowisko, na którym zamieszkuje, żyje swoim życiem; nie tylko szarym, beznadziejnym, ale takim w rytmie muzyki, kolorowym i spod „Żabki”. Blokowisko jest też rewirem Armaniego – osiedlowego przedsiębiorcy, lokalnego dilera i kibica Legii Warszawa. Armani jest nowym adoratorem Anieli i postacią, która wywodzi się z innego świata niż ona, a mimo to silnie na nią oddziałuje. W końcu między tym dwojgiem zaczyna iskrzyć, a iskry lecą w rytm rapu – i niech ten fakt nie zniechęci wszystkich, którzy w tej chwili myślą: „Eee to nie dla mnie, nie lubię rapu”.
Nie lubisz, to polubisz, tyle powiem.
Kożuchowska i Pławiak rządzą!
Przez lata wiedziałam, czułam, że „M jak miłość” to nie są w pełni rozwinięte skrzydła Małgorzaty Kożuchowskiej. Z utęsknieniem czekałam na inne filmy, w których ta aktorka pokaże na co ją stać. I tak się stało w „Anieli”. Absolutnie świetna rola Kożuchowskiej! Zaryzykowałabym nawet, że ta rola była dla niej swoistą terapią tożsamościową.
Ujmuje też Filip Pławiak jako Armani –nie spodziewałam się. Po prostu się nie spodziewałam. Rewelacyjne wcielenie bad boy’a. Jak dla mnie – najlepszy bad boy polskiego kina ostatnich lat.
Na docenienie zasługuje też inna aktorka: Gabriela Muskała, która wciela się jednocześnie w dwie role: siostry bliźniaczki, które pojawiają się w życiu Anieli w innej odsłonie i proponują jej biznes – a najpierw pracę na etat.
Świetne kreacje dwóch początkujących raperek – Violi i Leny (w tych rolach Pitra i Anita Szepelska) oraz Oliwki (Monika Frajczyk) wokół której pojawił się w sieci poważny zgrzyt, gdy okazało się, że jej postać twórcy wzięli niemal żywcem z osoby Violi – instagramerki prowadzącej profil Frogszoposting – „żabiara” już zapowiedziała, że nie puści sprawy „płazem”.
To serial inny niż wszystkie
Wcześniej wymieniłam Wam takie zjawiska jak: kultura rapu, popularny sklep, białe futro, neurotyczne bliźniaczki, a jest tego więcej. Serial „Aniela” nie jest nakręcony w sposób standardowy – jest przerysowany niczym „Gotowe na wszystko” a nawet bardziej. Mamy sceny wyobrażone lub przesadzone, jak skok Anieli z okna, kilka wątków, które ostatecznie łączą się ze sobą (np. ściganego zblazowanego piosenkarza Banana, na którym pomstują raperki) a to wszystko nadaje temu obrazowi niespotykanej dotychczas energii i pewnej lekkości mimo trudnych okoliczności, w których główna bohaterka się znalazła – sama zresztą mówi do nas. Aniela często wypowiada swoje kwestie wprost do nas – śledzących jej losy. Dzięki temu, poznajemy wprost jej myśli – jak ta ze sceny łóżkowej – a bardziej wersalkowej – z Armanim, kiedy to Aniela z rozbrajającą szczerością wyznaje, że wreszcie fantazje jej – kobiety ze szczytu drabiny społecznej – mogą się spełnić z chłopakiem „z klasy robotniczej”.
Mimo, że serial przedstawia warszawską Pragę, widz ma miejscami wrażenie, że to bardziej nowojorski Bronx.
Sama Aniela mimo początkowej przewidywalności, staje się kobietą, która tworzy siebie na nowo i nie ma na to gotowego pomysłu. Jest kobietą na skraju; przeklina, ale to nie razi, wręcz w jakiś sposób uwalnia. Jest bystra, ma cięty język, którym potrafi punktować społeczne absurdy. Sarkazmu używa zarówno jako broni jak i tarczy.
Nowe warunki otwierają jej oczy na rażącą niesprawiedliwość społeczną i w pewnym momencie postanawia zawalczyć nie tylko o siebie, ale i swoją nową społeczność.
Aniela przechodzi pewną przemianę. Nie pisała się na takie życie, chyba nigdy nie miała z nim do czynienia, ale gdy staje się jej codziennością, podchodzi do niego odważnie; zakasuje rękawy i sprząta w nim, a potem przyjmuje jako swoje.
Oglądaliście już „Anielę”? Podzielcie się w komentarzu swoimi refleksjami. Nie musicie też wychodzić do Żabki, by postawić mi kawę, możecie to zrobić nie wychodząc z domu, o tutaj!
