Nie wyobrażam sobie trzech rzeczy: 1. Że nie ma ratowników medycznych 2. Samej pracować jako ratownik medyczny oraz 3. Nie udzielić komuś pierwszej pomocy jako zwykły człowiek.
Wiem, że nie nadawałabym się na ratownika medycznego; jest to według mnie praca wymagająca zbyt wielu poświęceń, zbyt obciążająca fizycznie i psychicznie, bardzo odpowiedzialna i w dodatku bywa niebezpieczna. Dlatego jestem tak wdzięczna, że są ludzie, którzy mają inaczej i to oni wybierają zawód ratownika.
O tym wszystkim tylko mnie utwierdził Karol Bączkowski, który przepracował kilkanaście lat jako ratownik medyczny. Czego on się tam nie naoglądał, czego nie doświadczył! Czasem było śmiesznie, a czasem straszno. O tym wszystkim opowiada nam w swojej książce pt. „Książka o pierwszej pomocy napisana przez życie”.
Książka składa się z kilkunastu różnych historii – zmyślnie dobranych pod kątem możliwych urazów i dolegliwości. Moją ulubioną (i naprawdę humorystyczną) jest „Szwagier, ratuj szwagra” – hasło „Traciliśmy go trzy razy” weszło do naszej rodziny jako powiedzenie na wiele okoliczności.
Nie wszystkie historie są zabawne, ale nawet jeśli są po prostu straszne, Autor przedstawia je w narracji tak konkretnej, opisowej, energicznej, że ostatecznie człowiek zostaje nie z przykrym obrazem wyobrażonym, ale z dawką refleksji i wiedzy, bo w książce po każdej historii znajduje się bardzo przydatna strona – instruktaż „na wypadek” danej sytuacji. Co zrobić, gdy jesteśmy świadkami wypadku, jak rozpoznać udar, zawał – jak działać. Co zrobić, gdy ktoś przestaje oddychać, albo kiedy NIE podejmować resuscytacji.
To, co mnie zdziwiło jednak najbardziej to agresja wobec ratowników. Nie tak dawno i to w przeciągu krótkiego czasu słyszeliśmy o wielu atakach – niestety kilku śmiertelnych – na ratowników medycznych. Karol Bączkowski nie pozostawia wątpliwości – to zawód dużego ryzyka. W grę wchodzą interwencje w szemranych dzielnicach, gdzie prym wiodą alkohol i środki odurzające. Potwierdza to również znajoma pielęgniarka pracująca w szpitalu. Jak mówi, ratownik obrywa w pierwszej kolejności, on jest tym, który zjawia się na miejscu zdarzenia pierwszy, on pierwszy reaguje, a niestety często ma do czynienia z osobami nietrzeźwymi, agresywnymi.
I te nierówności… jak Autor refleksyjnie podaje:
„Do wywożenia śmieci jeździ trzech gości, do ratowania życia ludzkiego, tylko dwóch”.
Pomagaj zawsze, gdy widzisz taką potrzebę
Kiedyś pisałam już na temat udzielania pierwszej pomocy.
Dodam, że ja sama trzy razy w życiu byłam w sytuacji, gdy potrzebowałam pierwszej pomocy; raz pomógł mi mąż, innym razem jako siedemnastolatka doznałam czegoś w stylu przejściowego niedokrwienia mózgu (w miejscu publicznym) a innym razem przewróciłam się na motocyklu – w tych dwóch przypadkach nikt mi nie pomógł. Jak już kiedyś pisałam – gdy jechałam na motorze (bardzo pomału, na szczęście) za mną po lokalnej, niewielkiej ulicy jechał samochód. Gdy się przewróciłam (było ślisko) a motor na mnie, osoba w samochodzie, będąca jakieś 5-7m ode mnie czekała, aż się pozbieram i –że tak powiem – udostępnię drogę do jazdy. Nie uchyliła nawet okna, nie wyszła by po prostu zapytać „Wszystko okej?”.
Kochani, my żyjemy w matrixie, w grze komputerowej. Gdy dzieje się coś poza naszą rutyną, wydaje się nam, że to film, że to się nie dzieje naprawdę. Zatem mam propozycję – przejdźcie się na wycieczkę na cmentarz. Śmierć dzieje się naprawdę. Kobieta na przystanku w Bielsku umarła naprawdę.
Piętnastoletni harcerz na obozie w wielkopolskim zginął naprawdę. Nikt naprawdę nie zareagował. Nie bądź jak nikt, bądź jak człowiek.
Napisałam, że nie wyobrażam sobie nie udzielić komuś pierwszej pomocy. Gdybym była wtedy tam, na tym przystanku na Piastowskiej, zrobiłabym wszystko co mogę i czego nie mogę, by uratować tę kobietę.
Myślicie, że umiem? Że nie ma we mnie obaw, iż coś pomylę, źle odczytam sygnały (np. źle ocenię oddech) coś pokręcę? Są, ale wiem, że będę próbować tak, jakby ratowała życie w domu, najbliższej osoby. I nikt nie oczekuje ode mnie niczego wybitnego, bo nie jestem medykiem. Od Ciebie też się tego nie oczekuje! Zrób tyle, ile możesz.
Wiem, że zareaguję, bo reaguję nawet się nad tym nie zastanawiając, co samą mnie dziwi. Na przykład, raz idąc chodnikiem naprzeciwko mnie szła starsza kobieta; szła pomału, jakby zwalniając i wydawało mi się, że nie oddycha zbyt swobodnie. Gdy mnie minęła, nie wytrzymałam i cofnęłam się: „Proszę pani! Wszystko w porządku?”. Kobieta spojrzała na mnie trochę podejrzliwie, odparła, że tak, jakby oczekując wyjaśnienia, z którym pośpieszyłam. „Zauważyłam, że ciężko pani oddycha i pomyślałam, że może potrzebuje pani jakiegoś wsparcia”.
Kobieta odrzekła, że to po prostu starość i że dziś ma gorszy dzień, ale bardzo mi podziękowała, że po prostu zapytałam. Upewniłam się jeszcze, czy aby na pewno nie wezwać pomocy lub nie doprowadzić jej na przystanek, dokąd zmierzała.
A co, gdyby jednak potrzebowała pomocy? Wiem, że wszystko by się ułożyło!
Jak z jeżem.
Kocham zwierzęta i prześladującym mnie koszmarem jest to, że napotkam jakieś ranne zwierzę i nie będę mogła mu pomóc, bo nie będę miała ku temu żadnych środków, możliwości, wiedzy. I to się wydarzyło, dwa miesiące temu. Idąc ulicą zauważyłam nieco wierzgającego jeża – prawdopodobnie chwilę wcześniej został potrącony przez samochód i nie mógł wstać i przemieścić się dalej. A ja, jak zawsze noszę przy sobie cały ekwipunek (bo mam wiele nawiedzających mnie koszmarów <tego typu>) jak gaz, paralizator (tylko na co to jeżowi?) trytytki, liny (na wypadek gdybym zobaczyła topiące się zwierzę lub człowieka), bandaże i Bóg-wie-co-jeszcze, tym razem jak wesoły Romek – nic! Szłam sobie beztrosko na masaż i uśpiłam czujność!
W pierwszym odruchu wzięłam jeża do rąk i przeniosłam go w bezpieczne miejsce, na trawę do cienia. Na szczęście zwierzak był oszołomiony i nie zadziałał u niego instynkt obronny, czyli „kulkowanie” z kłuciem. Zadziałał chwilę później i nie dałam rady go już obejrzeć – nie miałam nic, nawet dodatkowej koszuli! „Nie umrzesz na mojej zmianie!” – powiedziałam do siebie i do jeża i zaczęłam kombinować, co zrobić?! Zadzwoniłam na straż miejską, a oni kazali mu zadzwonić do wydziału ochrony środowiska, bo bez nich nic nie zrobią. Podali mi numer telefonu, którego nie miałam jak zapisać, rozmawiając ze strażnikiem, więc znalazłam kawałek patyka i zapisałam go na ziemi. Zadzwoniłam, przyjęto zgłoszenie – patrol podjechał w przeciągu 6-8 minut.
Wszystko po kolei się ułożyło! Nawet masaż udało mi się przełożyć na godzinę później. Wszechświat sprzyja tym, którzy działają w imię dobra.
Jakie były dalsze losy jeża? Nie wiem, ale wiem, że ten jeż nie będzie do mnie powracał, nie będzie mnie prześladował do końca życia – a tak by się stało, gdybym przeszła obok. Nie wybaczyłabym sobie tego! I właśnie również dla własnego, dobrego samopoczucia, mamy udzielać pomocy innym!
W ten sposób nie musisz niczego wypierać, okłamywać siebie samego, znieczulać swojego serca – za każdym razem, gdy reaguję z troską wiem, że napełniam swoje serce człowieczeństwem, do którego zostałam stworzona.
Wszyscy zostaliśmy do tego stworzeni – to nic innego jak budowanie; przeciwieństwo niszczenia.
Lepiej zareagować na zapas, przesadnie, niż nie zareagować w ogóle – no, chyba, że jesteś szwagrem ratującym szwagra….
Książkę Karola Bączkowskiego gorąco polecam, ratownikom po stokroć dzięki, że są, a Wam wszystkim….zdrowia, szerokich dróg, mało wypadków.
Jeśli chcesz, możesz postawić mi kawę, a u Karola kupić książkę. Bądźmy świadomym społeczeństwem.


