Spokojnie, to tylko FOMO.

Czy czasem masz wrażenie, że nie jesteś na bieżąco z tym, co dzieje się w Internecie? Czy kiedyś dopadł cię niepokój, że nie nadążasz za światem i żeby to szybko naprawić, włączasz na komórce Internet i zmęczonymi oczami raz jeszcze przeglądasz powiadomienia na mediach społecznościowych? Spokojnie, to tylko FOMO. To może minąć, a Ty jeszcze możesz być szczęśliwy!

 

 

I mnie dopadło FOMO (ang.: „fear of missing out”- mniej więcej „strach przed przegapieniem ważnego wydarzenia, informacji”).
Kto by pomyślał! Ja, rocznik ’82. wychowana naturalnie bez Internetu, z ograniczonym wyborem właściwie wszystkiego, pewnego dnia odkryłam, że muszę, codziennie muszę kliknąć w powiadomienia na Facebooku. Że muszę wejść na portal z wiadomościami i przeczytać nagłówki, żeby wiedzieć, co dzieje się na świecie. Że muszę jakoś zareagować na zdjęcia i wiadomości  wrzucane  „w próżnię” (czyli na tablicę) przez znajomych, którzy też cierpią na FOMO ; bo muszą koniecznie wrzucić na Fejsa zdjęcie pitej właśnie kawy czy sałatki; uwieczniać każdy moment życia i dzielić się nim z ludźmi z czasów przedszkola i ze mną – osobą , której…….. tak naprawdę te wszystkie rzeczy z życia innych nie obchodzą. Osobą, której tak naprawdę to wszystko nie jest potrzebne ani do życia, a tym bardziej do szczęśliwego życia. Tobie też nie.

 

 

Dostępność

 

 

Doba Internetu to doba dostępności. To znaczy, że możemy mieć tak na dobrą sprawę dostęp do wszystkich wiadomości 24h, podobnie jak kontakt z ludźmi. Nie ograniczają nas już terminy spotkań, wszystkiego możemy dowiedzieć się przez komunikator.  Nie chcemy czekać. Pisałam już o tym KLIK
A i jeszcze się nam wydaje, że mamy nad tym kontrolę. A tak naprawdę jesteśmy dostępni całą dobę, bez tego wyjątkowego, świątecznego czasu – to tak jakby być w domu, już po pracy, ale stale pod telefonem; bo coś może się wydarzyć, ktoś ma prawo z czymś do nas zadzwonić i zajmować naszą uwagę.
Mój mąż tak czasem ma; gdy wie, że danego dnia (święta, weekend) może ktoś dzwonić z pracy w związku z czymś „do załatwienia” od rana jest na to nastawiony. Niby funkcjonuje normalnie, spędza dzień po swojemu, ale gdzieś z tyłu głowy ma ten stan gotowości.
To wyobraź sobie, że masa ludzi ma tak cały czas – w związku z FB czy Instagramem. Ani im za to nie płacą, ani nie ma z tego żadnej, absolutnie żadnej korzyści duchowej.

 

 

Jakość

 

 

Wszystkiego możemy się dowiedzieć, tylko gdyby przyjrzeć się tym wiadomościom, to można określić je prosto:   chaos informacyjny.  Często nawet dezinformacyjny. Bo informacje szybko się dezaktualizują, na ich miejsce pojawiają się nowe, a człowiek goni jak chomik w kółku, próbując to wszystko jakoś ogarnąć.
Gdy świadomie przyjrzysz się  sprzedawanym Ci informacjom,  zobaczysz, że 99% z nich to nic niewarte banały.  
I okazuje się, że idziesz do fryzjera, mechanika, lekarza – chcesz wysokiej jakości usług. A przez większość doby zadowalasz się papką, plotką, gniotem. Jakbyś nie zasługiwał, zasługiwała na prawdziwość, na inteligentną treść, która nie tylko da ci informacje, ale i poszerzy twoje horyzonty.

 

Tu po raz kolejny, gdy myślę o wolniejszym tempie, o tak zwanym slow life myślę jednocześnie o terminie jakość.  Po co mam karmić moje oczy, uszy, moją duszę bezwartościowymi i najczęściej negatywnymi treściami? Podążam w przeciwnym kierunku, szukam jakości, prawdziwości, głębi. Mniej znaczy lepiej.
Wybieram.

 

 

Wybory

 

 

Właściwie trochę oszukałam Cię na początku  – FOMO samo nie minie.  Musisz wybrać, że chcesz inaczej i wdrażać w życie zmiany. Ja mam prostą zasadę: wybieram to, co dla mnie dobre. Są trzy szkoły:

Pierwsza:    Idziesz ulicą bez celu, nie planujesz żadnych zakupów, ale witryny sklepowe wołają do ciebie, oferując cuda na kiju. Wchodzisz do kilku sklepów po kolei i w końcu coś wybierasz.  Kupujesz, ale po powrocie do domu okazuje się, że załatwiła cię reklama. Rzecz w końcu ląduje na śmietniku.

 

Druga:    Idziesz ulicą, nie planujesz żadnych zakupów, ale witryny sklepowe wołają do ciebie, oferując cuda na kiju. Wchodzisz w końcu do jednego sklepu i coś od razu przykuwa twoją uwagę. Kupujesz, bo widzisz realne zastosowanie tej rzeczy w swoim domu.

 

Trzecia:    Siedzisz w domu i myślisz „Potrzebuję nowych kaloszy.”  Wychodzisz z domu, jedziesz po kalosze i masz dokładnie to, co jest ci potrzebne.

 

Obecnie preferuję trzecią szkołę.  Na pierwszą nie nabieram się od lat. Druga mi się zdarza – co nie musi być złe – chociaż i tu czyha pułapka: na przykład jakiś czas temu wiedziałam, że pora kupić nową „łapkę” do gorących naczyń. Akurat nadarzyła  się okazja, łapki jak malowane! Skusiłam się na taką podwójną, łączoną. Bo taka ładna, zielona no i nie dwie, a jedna.  Efekt? Zupełnie niepraktyczna w kuchni (teraz nie dziwi mnie że kosztowała jedynie 2 zł). Podwójna łapka poszła w odstawkę, może kot znajdzie dla niej zastosowanie, w mojej kuchni drogą świadomego wyboru i praktycznej analizy pojawiły się dwie, silikonowe.

 

Mus

 

Wmawia się nam, że wszystko musimy mieć i wszędzie być.  Mus. MusT have, musT be. I że koniecznie musimy coś zobaczyć, czegoś spróbować, posłuchać, gdzieś być, bo inaczej będziemy z tyłu, inni nas przegonią. I ludziom trudno z czegoś zrezygnować. Bo coś przegapią, stracą – tego sobie nie uświadamiasz, to tkwi w nieświadomości  właśnie.  Ale z chwilą, gdy zatrzymasz się w miejscu, zaczniesz rozmawiać z samym sobą i  zastanawiać się czego tak naprawdę potrzebujesz,  ta pogoń, to szybkie, niezbalansowane,  powierzchowne i w efekcie nieszczęśliwe życie, zostanie odczarowane.

 

 

Slow life – to nie dla mnie.

 

Celebrowanie chwil,  spacery po lesie, interesowanie się przyrodą higiena duchowa, słuchanie relaksującej muzyki, CZEKANIE …. to może dobre dla Ciebie, osoby, która zadowala się filozoficzną rzeczywistością, która zatrzymała się, wypadła z obiegu, niczego wielkiego już nie pragnie, do niczego nie dąży, ma z pewnością nieciekawą fryzurę, pisze ten post w przydużym swetrze z równie przydługimi rękawami i która nie wie, na czym świat stoi. Dla wywrotowca, ale nie dla mnie. Ja jestem osobą świadomą, nowoczesną, idącą do przodu, chcę więcej, bo świat dużo oferuje  – pomyśli niejeden.


A ja, która odkryła już w czym istota rzeczy, mam coraz mniej osób do prawdziwych rozmów, wartościowych, rozwojowych dyskusji. Niby większość po studiach, a rozmawiać nie ma z kim. Większość ludzi,z  którymi rozmawiam nie ma swojej opinii, za to powtarza to, co mówi większość, co pisze w Internecie (dziękuję, sama jestem w stanie przeczytać)  i żyje tak, jak większość.  Podejrzewam, że nawet przeciwnie do tego, co kiedyś, hen dawno temu zamierzali.


I jeszcze  zapytam: Co określa nasze człowieczeństwo, najpierw jako gatunek, a potem jako jednostkę?
Jak wybieramy rzeczy dobre dla nas? Skąd wiemy, że nam służą? I co znaczy, gdy rzeczy służą ?
Co jest w moim życiu najważniejsze? A jeśli całe życie składa się z pojedynczego dnia (tak zwanego dziś) to co jest w tym dniu – czyli dziś, najważniejsze? Kim jestem pod koniec dnia? 

 

 

Od słów do czynów

 

 

Jak to zrobić? Powiem, jak ja to zrobiłam.

– Zaczęłam wybierać informacje, które naprawdę mnie interesują. Wieczorem zastanawiamy się z mężem, gdzie nocują popielice.  Tak się składa, ze kochamy przyrodę, otaczamy się nią, więc interesuje nas to, co dzieje się na drzewach przed domem.  Następnego dnia wklikuję w Google i już wiem.  Jednocześnie nie sprawdzam, jak Meghan Markle znosi ciążę i kto zamieścił kolejny komentarz na temat zabójstwa prezydenta Gdańska.
Sukulenty. To kolejna rzecz, która nie dawała mi spokoju. Sprawdziłam, poczytałam – ale i tak w pełni poinformowana poczuję się, gdy pójdę, kupię tego sukulenta i dopytam pani w ogrodniczym.


– Nie prowadzę konta osobistego na FB = nie mam tam znajomych, których nie karmię  nowinkami z mojego życia, które i tak nie są im do niczego potrzebne = nie komentuję ich nowinek.

– Nie wiem o wszystkim na bieżąco? To nie decyduje ani o moim awansie (no, chyba że byłyby to informacje branżowe) ani o prawdziwym szczęściu w prawdziwym życiu. To, co warto wiedzieć, jest niezmienne od lat. Za kilka tysięcy lat też się nie zmieni, niezależnie od tego w jakim miejscu utknie Internet. 

 

– Wybieram to, co dla mnie dobre; to, co mnie w jakiś sposób buduje, co  NAPRAWDĘ  wpływa na moje bycie na czasie – i odkryłam, że to rozwój taki jak praca nad swoim charakterem, pogłębianie swoich prawdziwych zainteresowań – temu warto poświęcać swoją uwagę, czas, środki.  I relacje z ludźmi. To intensyfikowanie życia i nadawanie mu jakości oraz znaczenia.
Tutaj Internet przestaje być panem mojego życia – staje się tym, czym powinien być zawsze : poddanym mi narzędziem, środkiem, którym dysponuję ja.  Środkiem do moich celów.

– Przestałam mówić, że Internet kradnie mój czas. Nie kradnie go – to ja go oddaję. Gdy wyłączę dane komórkowe, albo PC – jestem panią swojego losu. Życie toczy się naprawdę. Mogę zrobić, co zechcę.

 

Ty też możesz.