Lecę do Mozambiku kochać ludzi

Ania – Zajmuje się kochaniem, bo, jak mówi, Bóg pierwszy ją ukochał. Jest w drodze. To znaczy, że jej dom jest tam, gdzie akurat mieszka. To znaczy, że codziennie uczy się kochania. I jeszcze, że wie gdzie iść, bo chodzi za Nim. Lubi też spotykać drugiego człowieka. Las. Zimne polskie morze. Gapić się w niebo. Chodzić boso. Jest czuła na słowa. Prowadzi bloga „Kochanie. Opowieści z drogi”

 

 

Pod koniec 2015 roku rzuciła dość ułożone życie, by wyruszyć w podróż kochania. Zaczęła pracę w Fundacji You Can Free Us Polska, która pomaga ofiarom handlu ludźmi. W międzyczasie była na wyjazdach misyjnych w Indiach i Mozambiku. Na początku października po raz drugi jedzie do Mozambiku.

 

Za kilka dni jedziesz do Mozambiku. Po co?

Kochać. I uczyć się jak kochać doskonalej. Spędzę dwa miesiące w szkole misyjnej Harvest School. To szkoła prowadzona przez Heidi i Rollanda Bakerów, którzy w Polsce są już dość dobrze znani, zwłaszcza Heidi. Z jednej strony będzie to czas oddzielenia dla Boga i, wierzę, przygotowania do misji. Z drugiej, czas usługiwania i dzielenia się miłością, którą sama otrzymałam od Boga.

Jak to się stało, że pojechałaś tam po raz pierwszy?

Wcześniej byłam w Mozambiku raz, jesienią zeszłego roku. Nie mam innej odpowiedzi jak ta, że Bóg zaprosił mnie w tę podróż. Najpierw była myśl o wyjeździe na misje gdzieś do bazy Iris Global, rozważałam Nepal i Mozambik. Trochę ta myśl nie pasowała do mojej rzeczywistości. Dopiero co przeprowadziłam się do Łodzi, gdzie rozpoczęłam pracę w fundacji pomagającej ofiarom handlu ludźmi. Wszystko to było dla mnie ogromnym wyzwaniem, a tu znów wychodzenie ze strefy komfortu. Początkowo sądziłam, że to moja niespokojna dusza domaga się nowości. Ale w czasie spędzanym z Bogiem coraz jaśniej widziałam, że ta myśl jest od Niego, choć ja sama bałam się lecieć. Ale ona wrastała we mnie. Ostatecznie przekonał mnie sen:

Była noc. Spałam w pokoju, gdzieś w Mozambiku. Nagle wbiegło tam kilkoro dzieci, które zaczęły ściągać mnie z łóżka i mówić, bym poszła z nimi modlić się o kogoś. Nie udało im się mnie przekonać, więc wybiegły z pokoju, a ja zostałam z myślą, że jestem bardzo zmęczona i że nie dam rady wstać. I wtedy usłyszałam głos Boga: Masz prawo odpoczywać, spać w nocy. Przecież noc jest od spania, a ty jesteś zmęczona. Możesz z nimi nie iść, ale wówczas nie zobaczysz, jak Ja działam.

Gdy rano się obudziłam, było dla mnie jasne, że lecę. Nie dlatego, że muszę. Nie dlatego, że On działa tylko w Mozambiku. Ale dlatego, że pragnę oglądać Jego działanie w drodze, którą On chce mnie prowadzić.

Czy było to wyzwanie pod względem logistycznym; np. zbieranie funduszy?

Oczywiście. Było to wyzwanie pod kątem odwagi i funduszy!
Co do odwagi, po prostu przekonanie, że mam jechać było tak silne, że chciałam to zrobić mimo wszystkich obaw. Zwyczajnie, nie przywiązywałam się do nich zbytnio w myślach. Dużą rolę odegrali tu bliscy ludzie, których Bóg postawił obok mnie. Wspierali mnie i wierzyli razem ze mną w moje “niemożliwe” na tamten czas.

Co do finansów… z nimi wiąże się zabawna historia. Byłam tak podekscytowana, że Bóg mówi mi, że mam lecieć do Mozambiku, że po prostu rozpoczęłam aplikację, nie licząc kosztów. Kiedy otrzymałam mejla potwierdzającego, że mogę przylecieć, uderzyły mnie dwie emocje: radość i strach. W tamtym momencie pierwszy raz zrozumiałam, że brakuje mi kilku ładnych tysięcy na wyjazd. Z perspektywy czasu myślę, że Bóg specjalnie nieco mnie w tej kwestii tymczasowo zaślepił. Nie podjęłabym takie wyzwania bez zebranych wcześniej środków. Ale po tym jak mnie przyjęto… nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pojechać. Więc przyszłam z tą moją górą niemożliwości do Boga i powiedziałam, że przecież to On wymyślił ten wyjazd, więc proszę, by mnie przez to przeprowadził.

I tak zaczęły się moje pierwsze cuda zaopatrzenia. I tak otrzymałam kilka przelewów od bliskich mi ludzi, choć wcale nie prosiłam o wsparcie. W dniu, kiedy miałam kupować bilety lotnicze, miałam na koncie nieco więcej, niż kosztowały. To była ostateczna decyzja – jeśli kupię, to lecę. Ale nadal nie wiedziałam, czy zdobędę pieniądze na resztę wydatków. Inną sprawą było, że działo się to w połowie miesiąca, a konto czyściłam niemal do zera. Pierwszy raz w życiu nie miałam wyjścia awaryjnego. Powtórzyłam Bogu: Ty wymyśliłeś Mozambik, wierzę, że Ty dasz mi pieniądze. Przez kilka dni zjadłam zapasy z lodówki, w końcu sięgnęłam po zapasy ryżu. Trwałam przy swoim. Albo raczej, przy Bogu. W ciągu kilku dni dostałam niespodziewany zwrot za wodę, a podatek, który miałam zapłacić okazał się o 500 zł niższy niż przewidywałam. Wystarczyło też na życie do końca miesiąca. Wkrótce przyszło zaopatrzenie z innych źródeł. Bóg sam mówił ludziom, że potrzebuję pieniędzy na wyjazd.

Przyjechałaś i co?

Kiedy przyjechałam, od razu poczułam się tam dobrze. Bardzo miła i radosna para misjonarzy odebrała mnie z lotniska i zabrała do bazy. Oprowadzili mnie, pokazali co i jak. Tak jakbym wpasowała się w to miejsce od pierwszych minut. Przez kilka pierwszych dni musiałam sobie tłumaczyć, że jestem w Afryce.

Od razu zachwyciły mnie kolory. Sucha czerwień ziemi, wilgotna zieleń roślin i ocean w takim kolorze niebieskim, jakiego wcześniej nigdy nie widziałam. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam te kolory razem, tuż przed lądowaniem w Pembie, nie mogłam nimi nasycić oczu.

I ludzie. Otwarci i ciepli. Tak jakby czekali na mnie od dawna.

Ania w Mozambiku

Jak wygląda życie wolontariusza/misjonarza na takim wyjeździe?

Baza żyje swoim życiem, a krótkoterminowy misjonarz ma możliwość się w nie włączyć. Choć to, co podkreśla zawsze Heidi Baker, ważniejsze od działania jest spotkać się tam z Nim.

Codziennie do bazy przychodzi ok. 200-300 dzieci z miasta, które uczone są zasad Bożego Królestwa poprzez zabawę oraz otrzymują posiłek. Misjonarze mogą być z nimi podczas zajęć, rozdawać jedzenie i później spędzać z nimi czas. Można również jeździć do szpitali modlić się o chorych, do aresztu i więzienia dzielić się Ewangelią, do okolicznych szkół uczyć o Jezusie. W ciągu dnia są trzy wspólne posiłki w kuchni, gdzie można poznawać dzieci z bazy i nawiązywać z nimi relacje. Rano i w południe można pomagać w kuchni w sprzątaniu bądź przygotowywaniu posiłków. Jest też możliwość odwiedzać w domach wdowy i pomagać im w czymkolwiek tej pomocy potrzebują. W bazie jest również dom dla najmłodszych dzieci, tam można chodzić, by tulić maluchy i spędzać z nimi czas. Oprócz tego w czwartki są wyjazdy do okolicznych wiosek, gdzie zostaje się do soboty rano. Tam każdego wieczoru wyświetlany jest film “Jezus”, głoszona Ewangelia, jest możliwość dzielenia się świadectwami i modlitwy o ludzi. W ciągu dnia jest czas na zabawę z dziećmi i odwiedzanie mieszkańców, by opowiadać im o Jezusie i modlić się o nich. Każda z tych aktywności jest dobrowolna, więc każdy wybiera, na co chce poświęcić czas i ile.

 

Heidi Baker to znana postać w świecie chrześcijańskim. Jaka ona jest na co dzień?

 Miałam okazję spotkać Heidi, była w bazie przez większość czasu, kiedy ja tam byłam. To, co w Heidi urzekło mnie najbardziej, to jej zwyczajność i dostępność. Po prostu, była w domu. Kiedy obserwowałam ją, gdy głosiła podczas środowego nabożeństwa w kościele, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to dziewczyna stamtąd. Widziałam białą kobietę, ale jej sposób zachowania – odnoszenia się z szacunkiem do Mozambijczyków i ich kultury – sprawiał, że nie wyglądała jak Amerykanka w Mozambiku, ale jak Mozambijka. Takie było moje wrażenie.

Z jakimi problemami spotykałaś się każdego dnia? Czego ci ludzie potrzebują najbardziej?

Ich potrzeby materialne są ogromne – pieniądze na jedzenie, ubranie, leki czy opłacenie rachunków tak, by mieli choćby wodę, to ciągle ogromna potrzeba. Oczywiście, potrzebują też miłości – zainteresowania, wysłuchania, modlitwy, potrzebują znać Jezusa – ale to jak każdy z nas w Zachodnim świecie. Tylko my często mamy wiele dostępnych opcji zanim przyjdziemy do Niego, a tam często wybór jest bardzo prosty – Jezus albo śmierć. Bo nie ma pieniędzy na jedzenie, na lekarza. Stają szybciej niż my w sytuacji bez wyjścia i wtedy mają szansę uchwycić się tej prawdy, że Jezus ma wyjście z ich sytuacji. A dzieci, zwłaszcza te spoza bazy, są spragnione miłości. Zwyczajnego bycia, uwagi, uśmiechu.

Jak wygląda „kochanie drugiego człowieka” w Mozambiku?

To wszystko, o czym mówiłam wcześniej. To rezygnowanie ze swojej wygody i ze swoich potrzeb, żeby być z innymi i odpowiadać na ich potrzeby. Czy to poprzez modlitwę, spędzany razem czas czy praktyczną pomoc. Tam odkrywałam, że spojrzenie w oczy znaczy dla niektórych dzieci wszystko. Że objęcie ramionami jest mocniejsze niż wiele słów, których i tak nie potrafiłam wypowiedzieć. Przesiadywanie z nimi na podłodze albo uśmiech, gdy podawałam im miskę z ryżem i fasolą – drobne rzeczy – sprawiały, że czuły się ważne. Codziennie uczyłam się prostoty Słowa: “Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, uczyniliście Mnie.” (Mat. 25:40)

Czego niezwykłego doświadczyłaś?

Przez te trzy tygodnie zobaczyłam wielu, którzy zdecydowali się oddać życie Jezusowi. Widziałam, jak matki zdejmują z nóżek i brzuszków swoich dzieci sznurki, które dostały od szamana, decydując się ufać Jezusowi wbrew wszystkiemu, co znały i co do tej pory dawało im poczucie bezpieczeństwa. Słyszałam jak człowiek koło czterdziestki wypowiada pierwsze słowa w swoim życiu, ponieważ Jezus go uzdrowił. Podczas jednej z modlitw Bóg pozwolił mi zobaczyć, jak On widzi. Miałam przed sobą zasmarkane i brudne dzieci w poszarpanych ubraniach z wioski gdzieś na końcu świata, które według zachodnich standardów nie mają żadnej przyszłości. A Bóg nic sobie z tego nie robił. Modliłam się o każde z nich, a On wkładał mi w usta słowa błogosławieństwa o wielkich powołaniach, pozwolił mi zobaczyć ich siłę, dostojeństwo i dobrą przyszłość, którą im zaplanował. Nie ma słów, które mogą opisać, jak te dzieciaki są dla Niego szczególne. Tak samo On widzi nas.

 

Jaki jest Mozambik jeśli chodzi o klimat, zagrożenia?

 Gorący! Już dwie minuty po umyciu czuć pierwszą kroplę potu spływającą po ciele. Krajobrazy przeróżne. Są miejsca jak z obrazków. Taki egzotyczny raj, który mamy w głowach – ocean, palmy, chaty z gliny ze strzechą . I jak mówiłam wcześniej, kolory inne niż w Polsce. I słońce intensywniejsze niż u nas. Ale jest też druga strona. Miejsca, gdzie jest duża bieda, wszędzie śmieci, domy pozlepiane z tego, co było akurat pod ręką. Ale to z kolei miejsca z potencjałem do kochania!

W styczniu i lutym mogą występować duże opady deszczu i powodzie, ale o tym wiem tylko z opowieści. Jeśli chodzi o zagrożenia, to przede wszystkim malaria i inne tropikalne choroby, na które nie mamy odporności. Stąd konieczne są szczepienia, picie wody butelkowanej i uważność na to, co się je. Zwierzęta unikają ludzi, choć zdarzyło mi się spotkać dwa węże. Mój największy problem tam to niewiedza, które ze spotkanych zwierząt są niebezpieczne, a z którymi można się zaprzyjaźnić.

 

Jaki był Twój powrót  z Mozambiku?

Gdy byłam w Mozambiku, bywałam zmęczona upałem. Marzyłam wówczas o jesieni. Bardzo brakowało mi też zwyczajnego polskiego jedzenia, zwłaszcza schabowego z buraczkami i ziemniakami.

Ale gdy jestem w Polsce brakuje mi tamtejszego upału, tęsknię za otwartością ludzi, swobodą z jaką można nawiązać znajomość z nieznajomymi. Brakuje mi nabożeństw z mozambijskimi tańcami i swobodą w Duchu. I ludzi, którym tam poznałam. Mam też taki swój ulubiony obraz, do którego tęsknię, moment, który mi się przydarzył. Siedziałam w ogrodzie, pod dachem gazebo (strzecha wzniesiona na słupach nad podłogą z kamienia na planie koła). Spojrzeniem obejmowałam rośliny o soczystej zieleni, bananowca, a w tle, dalej, widziałam baobaby i rys oceanu na horyzoncie. I wówczas kolorowy ptak z furkotem skrzydeł przeciął ciszę i przeleciał mi nad głową. Było to podczas modlitwy, kiedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że Bóg robi mi w Mozambiku dom.

Dziękuję i życzę Ci, żeby Twoja pasja kochania rozwinęła w Mozambiku swoje skrzydła!

Osobiste świadectwo Ani można obejrzeć TUTAJ. Możecie również posłuchać o Mozambiku z drugiej strony – od Heidi Baker, którą lata temu Bóg wysłał do Mozambiku, by torowała drogę, którą dziś podąża wielu ludzi z bogatszych części świata, spragnionych dawania. KLIK

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Wspaniałe świadectwo :-)

    • To prawda :) Ania aktualnie zbiera „materiały” na kolejne :))

  • Cudownie o ty czytać <3 Gratuluję ogromnie! Lata temu również chciałam wyjechać na taki wolontariat, ale moje życie poszło innymi torami. Nie mniej jednak – podziwiam ogromnie!

    • Iwona

      Nigdy nie wiesz, co przed Tobą! :) No ale widocznie teraz masz być tu, w Polsce by pisac fajnego bloga :)

  • Magda M

    Bardzo ciekawy post, świetna rozmowa.
    Wyprawa do odległego kraju w takim celu siedziała mi w głowie odkąd pamiętam, ale niestety prawdopodobnie nigdy nie dojdzie do skutku. Obrałam inny kierunek w życiu, choć zobaczymy, co z tego będzie. Też dlatego, by kochać ludzi. By pomagać. By leczyć z pasją.

    Cudownego dnia!

    • Magda, Ania też z pewnością nigdy nie myślała o Mozambiku- ją tam posłał Bóg. I Ciebie też może – gdziekolwiek :) Expect unexpected! :)

  • Blanka Batura

    Spotkałam Anię w Olsztynie, w kościele Bożym u Basi i Marcina Zwolińskich. Ania była gosciem środowego spotkania. Piekna, skromna osoba, która bardzo zwyczajnie opowiedziała historię swojego powołania przez Boga do służby w Mozambiku. A teraz w niespełna tydzień czytam te słowa. Bóg jest tak wspaniały, zadziwia..Dziękuję za Anię i za ludzi, którzy odpowiedzieli Mu. Wierzę, że Bóg ma dla Ani wiele, wiele i jeszcze więcej Błogosławieństw. Dobrej podróży, nauki i służby Aniu.:-)

    • Ale super! Ja w ogóle uwielbiam słuchać świadectw ludzi – mogłabym to robić właściwie cały dzień i jestem ogromnie Ani wdzięczna , że w ferworze przygotowań do wyjazdu, jeszcze znalazła czas , żeby u mnie na blogu się podzielić :)

  • Niesamowita kobieta!