Przemyślenia blondynki cz. 6 – Armchair travel i te sprawy

Kiedy czytam internety, to czasem sobie myślę, że wymyślacze albo nazwijmy ich samozwańczy, społeczni lobbyści myślą, że jak coś nazwą z angielska to przekonają ludzi, że oto otwierają się wrota do czegoś nowego; wiedzy tajemnej, nowego, lepszego/ modnego stylu życia, do wyższego poziomu ogólnie, tak by każdy był na bieżąco, byśmy mogli nadążyć i jeszcze zdążyć się dostosować. I żeby był efekt „Wow” i realne zmiany za tym idące.

Nie, żebym miała coś przeciwko wstawkom, zamianom, neologizmom! Kto zna mnie choć trochę, wie, że fanką języków obcych to ja jestem wielką i właściwie przeciętne zdanie, które wymawiam, może brzmieć : Do you theleis kawę con sugar?

Poniekąd i tak jest, że pojawia się nagle termin slow life i nagle nie wiadomo jak to właściwie stosować? Z czym to się je? I jak się tak człek drapie w głowę i już zbiera materiały na książkę filozoficzną to nagle odkrywa, że  takie slow life dajmy na to, można nazwać po prostu normalnym życiem tylko z ery naszych rodziców, albo dziadków, a najlepiej pradziadków.

Podobnie było z Armchair  travel. Jak szybko wyjaśniają w netach „nowa koncepcja  podróżowania”. Więc wgłębiłam się w tekst (choć po tytule pojawił się w mej głowie stereotyp interpretacyjny) sądząc, że dowiem się czegoś wow, co zmieni mój sposób podróżowania na lepszy. No i czytam, czytam, że oszczędność na bilecie lotniczym, zerowe zagrożenie atakiem terrorystycznym, że nie trzeba się żołądkować o pokój hotelowy  ani martwić zaginionym bagażem, że nawet  z własnego domu wychodzić nie trzeba, że można we własnym fotelu obłożyć się przewodnikami, mapami a nawet ubrać się w strój regionalny czy zrobić jedzenie z tej no wiecie…. cuisine – i wszystko to brzmi nawet fajnie, bo wypowiedziała się nawet ekspertka eurobanku ds.produktów oszczędnościowych, więc brzmi poważnie, gdyby nie jeden fakt: ja nadal siedzę w domu! I jedyne co się zmieniło, to to, że przede mną leży mapa, a ja jeżdżę po niej palcem. Rzeczywiście, zagrożenie terrorystyczne równe zeru, no chyba, że mnie nad tą mapą akurat bojownik isis zastanie. Dziękuję, ale ja cały ten armchair travel robię…przed podróżą, a nie zamiast!

Tylko po co to wszystko?  No komu się to opłaca, żeby ludzie zostawali w domach, zamiast jechać na wakacje? Restauratorom? Hotelarzom? Taksówkarzom? I jak zwykle, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o bank.
Jak zapewne wiecie, ci, którzy chodzicie po świecie więcej niż 10 lat, że żyjemy w świecie konsumpcji i wszystko musi się zgadzać na rachunku  więc i tym razem nie jest inaczej. Kto sprytniejszy ten w artykule dopatrzy się informacji podprogowej: Człowieku, mało ci złych wiadomości w TV? Chcesz żeby jutro mówiono o tobie?  Czy nie lepiej założyć lokatę terminową, a za odsetki kupić lampę kwarcową i cieszyć się jasnością godną hiszpańskiego słońca cały rok?

I wnioski, jakie się nasuwają: trzy razy zastanowić się, kto zarobi na naszym entuzjazmie związanym z wdrożeniem nowego, lepszego planu nazwanego po angielsku, by nasze życie było bardziej… światłe :- ) Może się okazać, że my to już dawno wiemy i robimy, i czujemy.
Zostawiam Was zatem z przemyśleniami i cytatem Arystotelesa:

Nie ma nic w umyśle, czego by przedtem nie było w zmysłach.

 

 

  • Ha, 😂, ciekawe co na to agenci ubezpieczeniowi od krótkoterminowych wycieczek? Co na to przewodnicy, producenci odzieży termicznej, strojów kąpielowych, balsamów do opalania, już nie wspomnę o właścicielach pensjonatów, czy takie podróżowanie fotelowe mogłoby być dla nich w jakiś sposób dochodowe? A co do kalek językowych i spolszczania słów angielskich, jak każda moda, minie i przyjdzie inna, wcale niekoniecznie lepsza :)

    • No właśnie. Tu zyskaliby tylko bankierzy – wiem, ze to potęga, ale z kolei nie wygra z ludzką potrzebą podróżowania, odpoczynku na rzecz fatamorgany zwanej lokatą długoterminową :D

  • Mnie to przypomina takie „pierdo-lotto” nowe hasło, które wpędzi w ekstazę a pod wierzchnią warstwą nic nowego.

  • Mnie też wkurzają angielskie wtręty: transparentne, kouczerzy, flip-czarty i inne takie przeplatane, głównie w żargonie biznesowym, że niby gość jest światowy a najdalej gdzie był, to stolyca (ze słoikiem w plecaku).
    A jeśli chodzi o wyjazdy, to zakończenie podróży na mapie to jak lizanie lizaka przez papierek. Owszem, można powąchać, ale potem trzeba rozpakować i zjeść. A mapę spakować do plecaka i jechać. I olewać banki. Chociaż ja ich rozumiem, bo ja też wolałbym, żeby klienci zostawili kasę u mnie a nie np. w pizzerii :)