Ulubione seriale – czyli co w telewizorni piszczy.

No i wydało się: oglądam seriale. Jeszcze niedawno pisałam, jak to cudownie żyć bez telewizora i wyobraźcie sobie moi mili, od tamtego sławetnego wpisu wzbogaciłam się nie tylko o telewizor z bardzo płaskim ekranem, ale i o 4 (cztery!) piloty obsługujące! Przyznaję, że sama nauczyłam się obsługiwać wszystkie 4 piloty całkiem niedawno, a i tak w wersji okrojonej.

Czymże byłby tydzień bez serialu?! Jak przeżyć 5 dni pracowych bez emocji nad losami serialowych pupili?! Nie wiem. Na szczęście z pomocą przychodzi już w poniedziałek serial-legenda „Gra o tron”. No kto nie słyszał sławetnego Winter is coming? To hasło jest ponadczasowe; często powtarzane w okresie okołojesiennym, wraz z pierwszym śniegiem,  a także dowolnie interpretowane w naszym domu. Bo czasem Cat is coming, innym razem Hamburger is coming, a regularnie, co tydzień: Monday is coming. I ten Monday dzięki „Gierce” jak ją pieszczotliwie z mężem nazywamy, jest znośniejszy.
Losy 7 królestw – czyli coś, co jednak przerosło wątkiem „Dynastię”. Ale muszę przyznać, że całkiem szybko i całkiem nieźle odnalazłam się w tym wszystkim. Bo każdy ród jest w jakiś sposób charakterystyczny. Mam też swoich ulubieńców, nie ukrywam, że zalicza się do nich Kalisi i Arya, nawet Jon Snow, a na pierwszym miejscu, wszystkie wilkory.
Minusem jest ta wszechobecna zima :- / Grrrrr. Z tego względu  słabo mi gdy znów widzę Nocną Straż, ale na szczęście życie Kalisi toczy się w pustynnych krajobrazach.
W serialu (bo i książce George’a R.R.Martina) jest dużo tego co dobrze się sprzedaje; seksu, przemocy, kluczowych decyzji. Miłości jest stosunkowo mało. Może byłoby inaczej, gdyby Jon Snow więcej wiedział.

„The Americans” – serial został zainspirowany  zdemaskowaniem przez FBI w 2010 siatki rosyjskich szpiegów.  Twórcy przenieśli natomiast akcję filmu nieco wcześniej, w czasy zimnej wojny.
„The Americans”  jest zrobiony ciekawie, trzyma w napięciu, to akcja toczy się na początku lat 80. w Stanach, gdy roiło się od rosyjskich szpiegów. Tak: walka KGB z FBI, stare komputery, telefony stacjonarne z długim kablem i TA MODA….
Wspomniałam o KGB i FBI. Jeśli kogoś średnio interesują te dwie grupy, to może inaczej:  głównymi bohaterami serialu jest małżeństwo rosyjskich szpiegów,  Jenningsów, 20 lat wcześniej zaaranżowane przez KGB i wysłane na misję do Stanów. Tam żyją na więcej niż dwa fronty; stwarzają pozory zwykłej, amerykańskiej rodziny z przedmieścia, z dwójką dzieci i zwyczajną pracą (właściciele biura podróży) tymczasem każdego dnia są wystawiani na niepowtarzalne próby. Jest gorąco! Ich najbliższym sąsiadem i kumplem Philipa Jenningsa  jest oficer FBI, Elizabeth i Philip jako szpiedzy dają z siebie wszystko; mordują, trują, uwodzą cudze żony i pracowników FBI. Nie są jedyni, poznajemy też innych szpiegów, jak piękną Ninę, która  gra w obu drużynach, czy totalnie poświęconego dla sprawy i Elizabeth – Amerykanina Gregory’ego.
Co ciekawe, reżyserem i producentem serialu jest były oficer CIA, który przyznaje, że prawdziwi szpiedzy nie mieli aż tak trudnych zadań, ale fikcyjne małżeństwa były skuteczną przykrywką KGB i całego bloku wschodniego.
Dlaczego wart obejrzenia? Bo ten serial to zderzenie dwóch światów; komunistycznej Rosji z jej gorliwymi patriotami, z których największym zdaje się być Elizabeth, jak i amerykańskiego; kolorowego, beztroskiego, zupełnie przez Elizabeth Jennings nieakceptowanego. Elizabeth nienawidzi Ameryki z całego serca. Philipowi zarzuca, że zbyt dobrze się czuje w Waszyngtonie. Samo małżeństwo Elizabeth (w tej roli piękna Keri Russell)  i Philipa jest również ciekawym zjawiskiem; zaaranżowane na rosyjskiej ziemi, wysłane na tę obcą, by spiskować i rozmnażać się – jak się okazuje, poświęcony dla sprawy szpieg, zrobi absolutnie wszystko – nawet dziecko z osobą, która jest mu obca.

„Rzym” – jeśli lubicie „Gierkę” i „Wikingów”, „Rzym” jest kolejną ,podobną opcją. Wielkim plusem są krajobrazy, otoczenie; słoneczna Italia. Świetny, barwny sposób na poznanie (lub przypomnienie sobie) historii Juliusza Cezara, Marka Antoniusza, Kleopatry i całej tej ferajny, która tak dostojnie i prawie święcie wygląda jedynie na rzeźbach i ikonach. W serialu „Rzym” ożywają, poznajesz ich jako prawdziwych ludzi z krwi i kości. Zwłaszcza z krwi.
Miłość, wojna, a przede wszystkim intrygi i zasadzki.

„Hell on wheels”  – coś, co lubię very much! Western, który odkryłam dzięki kamilowskiemu. Miałam do wyboru jeszcze „Deadwood” i nawet obejrzałam 3 odcinki, ale gdy zobaczyłam Josepha Czarny Księżyc, szala przechyliła się na korzyść „Hell…”, potem jeszcze całkiem mili dla oczu okazali się Elam i Culen Bohannon i tak już zostało.
Akcja serialu toczy się krótko po wojnie secesyjnej czyli po roku 1865, na południu Stanów, w nowo utworzonym miasteczku. Cullen Bohannon, podążając tropem wszystkich winnych śmierci jego żony, żołnierzy Unii, trafia w końcu na budowę transkontynentalnej linii kolejowej, mającej połączyć Dziki Zachód z rozwijającym się wschodem, w skrócie: okolice Nowego Meksyku, Kalifornii i Teksasu, z Nowym Jorkiem, czyli kolejowa Route 66.
Przy budowie kolei jest dużo…..zachodu! Pojawia się tematyka niewolnictwa, religijności, władzy, polityki, walk z Indianami i gdzieś tam po drodze kilka miłostek, które rzadko wychodzą poza kuluary miejscowego burdelu.
Ciekawe dla mnie jest to, jak na niczyjej ziemi, nagle powstało miasto, nagle znaleźli się ci, co wiedzieli jak nim zarządzać, a wewnątrz tego miasteczka w najmniejszych społecznościach zaczęło się charakterystyczne dzielenie; obszaru, jedzenia, dóbr,ludzi. Szalenie ciekawą postacią jest Szwed, który dla mnie ma znaczenie bardzo symboliczne. Ale co ja tam będę opowiadać, przygotujcie popcorn, lub lepiej – kolbę kukurydzy – i do telewizornii!

„Hart of Dixie” – zakochałam się w tym serialu od pierwszego wejrzenia i nie wiem, czy po tym świecie chodzi osoba, która nie chciałaby mieszkać w Bluebell!
Miasteczko Bluebell tak naprawdę nie istnieje (sprawdziłam) a jego serialowi mieszkańcy są szalenie przerysowani, podobnie jak w „Gotowych na wszystko” i mają równie cierpkie poczucie humoru.
No ale każdy serial musi mieć główną postać. Tutaj jest to Zoe Hart – która, jako lekarz medycyny, przyjeżdża z Nowego Jorku do alabamskiej mieściny, w której każdy interesuje się życiem wszystkich i każdego z osobna. W którym mieszkańcy mają swoje święta, niepodważalne rytuały, obsesje i marzenia. Chyba wspominać nie trzeba, że Zoe przeżyje mnóstwo przygód, przy okazji zmieni nieco życie mieszkańców Bluebell.
Co ciekawe, wielu mieszkańców Bluebell przejdzie totalną przemianę – nie będzie to nagła, bajkowa przemiana ze złego w dobrego i na odwrót… serial trochę odcinków ma, wystarczająco, by zobaczyć, jak wygląda życie w swoim procesie zmian.
Dla mnie najciekawszą i najbardziej symboliczną postacią jest Lemon Breeland.
Polecam każdemu!

„Dexter” – lubię być zaskakiwana. I „Dexter” mi to dał. Tak, morderca. Wiem, że są wśród was takie, które do Dextera Morgana -znak rozpoznawczy – folia spożywcza i nóż – wzdychają. Ja do nich nie należę, co nie ujmuje serialowi! Otóż „Dexter” jak żaden inny serial, zaskakiwał mnie tak bardzo, że PO PROSTU MUSIAŁAM obejrzeć następny odcinek. w ten sposób wpadliśmy z mężem w ciąg. zawsze w niego wpadamy, gdy serial nas wyjątkowo porwie i tak było z Dexterem – kilka sezonów w kilka dni.
Dexter wykonuje świetny zawód – jest policyjnym analitykiem krwi, czyli gdzie morderstwo, tam i Dexter, sarkastycznie mówiąc. Bo Dexter jeździ również do swoich morderstw. Zabija …..tylko innych morderców, bo taką ma zasadę. Dexter jest socjopatą żądnym krwi – swoje prawdziwe oblicze maskuje każdego dnia, każdej minuty, no, poza tymi wypadami, podczas których odzywa się jego mroczny pasażer. …
W serialu, w każdym odcinku dużo się dzieje. Dexter wydaje się być najjaśniejszym przypadkiem skrzywienia, ale gdy przyjrzycie się lepiej innym bohaterom, (np.Deb, siostrze Dextera, Masuce,Christine czy zabójcom ze stołu Dextera) być może dojrzycie w nich ciekawe przypadki psychologiczne.
No i wisienką na torcie jest Hannah McKay! – aktorka polskiego pochodzenia, biegle zresztą mówiąca po polsku. W serialu ma do odegrania znakomitą rolę- ale trzeba na nią trochę poczekać.

To tyle na dziś. Jeśli macie coś ciekawego z telewizorni, nie wahajcie się zapodać w komentarzu. Podobnie, jeśli macie ochotę na dyskusję o danym serialu czy jego wątku :)

seriale,serial

 

 

  • Gra o tron chyba najbardziej by nas zainteresowała, ale żadnego jeszcze nie oglądałyśmy. My z polskich bardzo lubimy Czas honoru i Lekarzy oraz Prawo Agaty.

    • Ja za to polskich nie oglądam w ogóle- jakoś mnie niesamowicie dołują. jeden mi się podobał! Mini serial „Wataha”.

  • Tego Dextera kiedy musze zaczać oglądać, bo kazdy zyjacy serialista to widział za wyjatkiem mnie:) „rzym” tez mi gdzieś umknął.
    Ostatnio ogladam „Kaznodzieje” i „Dolinę krzemowę” i mam frajdę;)

    • Oczywiście sprawdziłam :) „Dolinę krzemową” znam…to znaczy: wiem, o czym jest i nieeeeee….nie cierpię świata informatyków :) A o „Kaznodziei” nie ma prawie niczego! Mógłbyś streścić co nieco./

  • Lubię seriale, ale kompletnie nie mam na nie czasu, więc nie pamiętam, kiedy po raz ostatni coś oglądałam. Nawet na czas dwugodzinny brak mi czasu i nieczęsto chęci, ale chciałabym kiedyś trochę zaległości nadrobić. Żadnego z wymienionych przez Ciebie nie widziałam, ale może się skuszę na Hart of Dixie?

    • Bardzo zachęcam, sądzę, że poprawi Ci humor -nawet jeśli jest on całkiem dobry :)

  • Ze wszystkich wymienionych znam poniekąd jedynie Dextera… Telewizor mam od zawsze, ale seriale przestałam oglądać w zasadzie jakieś 8 lat temu… Wyjątek robię na rzucenie okiem na jakiś serial komediowy :)

  • GoT znam i oglądam. Obecny sezon zaczyna mnie pomału wnerwiać.

    • Mnie też. Z wielką przykrością przyznaję, że nudzę się już drugi sezon.

      • wczorajszy odcinek już był ciekawszy

        • No w końcu coś się zaczyna dziać. Jestem ciekawa co dalej będzie z Aryą.

  • GoT oczywiście, poniedziałkowy wieczór to już u nas ostatnio rytuał :) „The Americans” jakoś mnie znudził po kilku odcinkach… nawet nie wiem dlaczego, akurat taka historia mnie pociąga. Jeśli lubisz kryminalne seriale, to polecam skandynawów: „Fobrydelsen” (ang. wersja „The Killing”, ale skandynawska dużo lepsza! 3 sezony) i „Most nad Sundem”.

    • Do kina skandynawskiego nie potrafię się przekonać, po prostu go nie lubię, ten świat jest dla mnie obcy – paradoksalnie mało wspólnego ma nasza, polska rzeczywistość i mentalność z amerykańską (nawet jeśli nam sie wydaje, że jest inaczej) ale jednak wolę amerykańskie :)

  • A oglądałaś „Deadwood” ? Niby podobny, też western w tym tonie, ale przyznaję, że po obejrzeniu kilku odcinków, jakoś mnie nie porwał i nie kontynuowałam.

    • nie, z tym serialem jeszcze nie miałam do czynienia. własnie skończyłam good wife i czekam na nowe odcinki wlaking dead:)

  • To prawda….. pojechali już po bandzie w pewnym momencie.
    ‚House of cards’ ma wielu fanów, wiem, jednak ja nie lubię seriali związanych z polityką, a nawet dziejących się w obecnych realiach- „Dexter” to był jedyny wyjątek :)

  • Rzym jest świetny, a skoro Ci się podoba, to polecam Ci Spartacusa. Może jest trochę przerysowany, utrzymany w klimacie 300, ale nas wciągnął i pochłanialiśmy odcinki, jak wściekli. :D Grę o tron też oglądamy pasjami.

    • Całkiem możliwe, że mi się spodoba! Zapisuję i jak tylko się uporam z „The Americans” (wiesz, wszystkie te sezony same się nie obejrzą….) to na pewno będe szukać alternatywy. Dzięki!